Informacje
historyczne i archiwalne
Wspomnienia żołnierzy 4
Dywizji Pancernej
Poniżej zamieszczamy wspomnienia i zapiski do jakich udało nam się dotrzeć
„... Od połowy sierpnia 1939
wszyscy odczuwają napiętą atmosferę. Na horyzoncie majaczy wojna przeciw Polsce.
Wszyscy mamy uczucie, że sobie poradzimy, ale nie ma radosnego uniesienia roku
1914.
Rankiem 26 sierpnia stoimy nad Polską granicą. Ale rozkaz nie nadchodzi.
Wieczorem wracamy znowu na nasze kwatery. Wszyscy żywimy cichą nadzieję, że
wojny można będzie jeszcze uniknąć. Pułk składa się z 6 kompanii. W większości
są wyposażone tylko w czołgi uzbrojone w karabiny maszynowe (Panzer I). Oprócz
tego mają kilka Panzer II z 20 mm działkiem, i jeszcze mniej Panzer III z
działkiem 37 mm, a w 4. i 8. kompanii po 4 czołgi Panzer IV z krótkim działem 75
mm . Deficyt oficerów i podoficerów pomimo napływu rezerwistów ciągle nie jest
uzupełniony ...”
1. września 1939 — pierwszy dzień wojny
„... O
świcie stoimy znów nad granicą. O 4.45 zaczyna strzelać nasza artyleria. Płonie
kilka domów. Wyrusza nasz pułk piechoty. O 6.30 także nasz pułk otrzymuje
rozkaz do natarcia. Mamy uderzyć przez Opatów-Wilkowiecko-Mokrą III na
Ostrowy-Korcin. To bądź co bądź 40 kilometrów.
Nasz XVI Korpus (1., 4. Dywizje Pancerna oraz 14. i 31. Dywizje Piechoty) jest
szpicą uderzeniową w środku 10 armii generała Waltera Reichenaua ... „
Chrzest ogniowy pułku
„...
Posuwamy się powoli do przodu. Droga jest zablokowana, most przez Liswartę
wysadzony. Przeprawiamy się brodem. Na tylnej części czołgów przewozimy naszych
strzelców motocyklowych. Nie ugrzązł żaden czołg. Posuwamy się przez Opatów na
Krzepice, otrzymujemy boczny ogień z ckm i artylerii, na który odpowiadają nasze
czołgi, i osiągamy Wilkowiecko. Przed nami leżą trzy wsie: Mokra I, Mokra II i
Mokra III, za nimi wysokopienny las. Uderza II batalion, niszczy jedną polską
baterię, przebija się przez wsie i dociera na 400 metrów od skraju lasu. Z lasu
w kierunku naszego II batalionu zostaje skierowany ogień artylerii, dział
przeciwpancernych i ciężkich karabinów maszynowych. Nie widać nic ze strony
przeciwnika. Amunicja polskich karabinów przeciwpancernych przebija nasze lekkie
opancerzenie. Hauptmann Buz i Leutnant Lohr giną, Oberleutnant Snahovich zostaje
ranny. Kiedy z powodu tych wydarzeń dowódca pułku rozkazuje I batalionowi
oskrzydlić i przejść las z prawej, ciężko ranny zostaje dowódca batalionu
Oberstleutnant Stenglein. Skraj lasu zostaje osiągnięty i powoli oczyszczony.
Nasza artyleria prowadzi ogień osłonowy. Panzer-Regiment 36., który prowadzi
swoje natarcie na lewo od nas również ponosi straty. Oberst Breith wycofuje swój
batalion do Wilkowiecka, w celu uporządkowania mocno rozciągniętych kompanii.
Strzelcy powoli posuwają się do przodu na Mokrą, jednak z dywizji nie przychodzą
żadne rozkazy, ponieważ w tyle wybuchła panika. Nasz dowódca dywizji ze swoim
sztabem muszą przymuszać roztrzęsionych kierowców kolumn i wozów bojowych do
jazdy do przodu. Nasz pułk jest w związku z tym całkiem sam na krawędzi lasu.
Czy ośmielać się iść w głąb?
Późnym popołudniem wraca dowódca lekkiego plutonu z II batalionu, Feldwebel
Gabriel, który wysłany został na rozpoznanie i melduje: „Las i wieś po tamtej
stronie są wolne od nieprzyjaciela“. Natychmiast ruszają przez las II batalion i
sztab pułku. I batalion stoi na razie przy Mokrej.
Tak więc nasz pułk uporem, duchem bojowym i zaangażowaniem tego pierwszego dnia
przyczynił się do pierwszego sukcesu dywizji. Pierwszy front obronny Polaków
został przełamany. Dowódca korpusu i nasz dowódca dywizji uznali dokonania
pułku. Cena za ten sukces jest wysoka: 15 zabitych w tym dwóch oficerów, 14
rannych w tym 3 oficerów i 14 czołgów. Naszym przeciwnikiem jest elitarna polska
jednostka: Wołyńska Brygada Kawalerii ...”
Sturmfahrt auf Warschau
„... 2 września w ciężkich walkach
umiejętnie wspierany przez naszą 4. i 8. kompanie Schützen-Regiment przebija się
do Kozinki. 3 września opór polskich jednostek zostaje przełamany. Nasz
Aufklärungsabteilung 7 prawie bez walki zajmuje przejście przez Wartę pod
Szcepolicami i uderza w kierunku na zachód od Radomska. Nasza sąsiadka, 1.
Panzer-Division zajęła Kamiensk.
3 i 4 września nasz pułk tłucze się po fatalnych drogach.
Aufklärungsabteilung 7 i Schützen-Regiment przekroczyły Widawkę i stoją 20
kilometrów na południe od Kamienska. Dopiero 5 września nasz pułk idzie znowu
naprzód. Celem ataku jest Gomulin, na zachód od Piotrkowa Trybunalskiego. Ale
tylko 6. kompania natrafia na wroga z artylerią i działkami przeciwpancernymi.
Odrzuca go do lasu.
6 września pułk zajmuje Będków i Rudnik, 7 września znowu jest na szpicy naszej
dywizji i pędzi wroga w dzikiej pogoni z Ujazdu. Już o 9.00 zostaje osiągnięta
Lubochnia a wieczorem pułk przejeżdża przez Rawę Mazowiecką do swego miejsca
postoju.
W tych dniach dywizja wbiła się na głębokość 40 kilometrów w zgrupowanie wroga.
Nasz pułk chętnie uderzałby dalej, jako, że przy wyjeździe z Rawy stoi
drogowskaz „Warszawa 115 km”. Po raz pierwszy nasza jednostka doświadcza, jaką
siłą przyciągania oddziałuje nazwa miasta, którego zajęcie ma duże znaczenie.
Rozkaz dzienny dywizji kończy się zdaniem: „Vorwärts nach Warschau” („Naprzód na
Warszawę”). Nie pozostaje wiele czasu na sen.
8 września o świcie nasz pułk wysuwa się na szpicę 4. Dywizji Pancernej. Po 10
kilometrach trafia na polską piechotę z artylerią. Wróg zostaje prędko pokonany.
Ostrzeliwując gniazda oporu, osiągamy Radziejowice. Dalej uderzenie kieruje się
na Wolicę-Sękocin, w celu zajęcia przejścia przez Utratę. Polscy żołnierze
poddają się tysiącami. Kiedy zostaje osiągnięty ten odcinek, pułk uderza
na Raszyn. Wróg wysadza nam przed nosem dwa mosty, ale możemy przejechać.
Kompania pionierów reperuje przeprawy. Dowodzący generał jedzie do znajdującego
się z przodu I batalionu, gdzie pokryty kurzem i ubrany tylko w spodnie i
koszulę Hauptmann von Lauchert objaśnia mu sytuację. Dowódca pułku radzi
generałowi Höppnerowi i dowódcy dywizji, aby wykorzystać zaskoczenie wroga i –
bez oczekiwania na wszystkie jednostki dywizji – uderzać w kierunku na Warszawę,
która przez rząd polski ogłoszona została miastem otwartym (?). Zostaje
udzielone pozwolenie. Samolot dostarcza jeszcze na czas kilka planów Warszawy.
Wszyscy czołgiści pułku palą się, aby jako pierwsi żołnierze armii niemieckiej
dotrzeć do polskiej stolicy. II batalion ma za zadanie uderzać przez plac
Piłsudskiego i Wisłę na Pragę, I batalion ma pozostać w centrum Warszawy.
O godzinie 17.00 nasz pułk zaczyna i uderza przez przedmieścia Warszawy. Padają
pojedyncze strzały. Za Kolonią-Rakowiec nie ciągną się już domy. Czołgi
przejeżdżają przez most drogowy. Za nim jest jeszcze 400 metrów do skraju
właściwego miasta, do przejechania częściowo po otwartym terenie, a częściowo po
terenie pokrytym ogródkami działkowymi. Droga do skraju miasta jest zablokowana
barykadą z przewróconych tramwajów i samochodów ciężarowych do przewozu mebli.
Kiedy nasze czołgi zbliżają się, błyska ogień artyleryjski. Nasze pojazdy
zjeżdżają szybko z drogi i przez ogródki działkowe wjeżdżają na boczne ulice.
Ale tam też – z czteropoziomowych domów, z świetlików dachów, okien, piwnic i
zza dalszych barykad na nasze czołgi zostaje skierowany ogień ze wszystkich luf.
Jeden z naszych niewielu Panzer IV otrzymuje bezpośrednie trafienie. Zostaje
odholowany.
Słońce zachodzi. Zmierzch okrywa ulicę przed nami. Dowódca pułku uświadamia
sobie, że Polacy nie dotrzymują słowa o Warszawie jako mieście otwartym i, że
tego silnie bronionego dużego miasta nie można zająć z marszu, pojedynczym
wypadem. Przerywa atak i wraca z powrotem do mostu drogowego. Na razie samotny,
wysunięty przed główne siły dywizji pułk ubezpiecza się ze wszystkich stron.
Noc przebiega spokojnie. Zostaje uzupełnione paliwo, amunicja, dostarczone
zostaje zaopatrzenie. W międzyczasie docierają pozostałe jednostki dywizji.
Dowódca dywizji rozkazuje powtórzenie ataku wszystkimi siłami 9 września,
wzmocniony Panzer-Regiment 35 ze swojego obecnego stanowiska, wzmocniony
Panzer-Regiment 36 na zachód od niego.
O godzinie 7.00, po ostrzelaniu przedmieść przez artylerię, nasz I batalion wraz
z batalionem strzelców i plutonem saperów po raz drugi wychodzi do szturmu na
Warszawę. Znowu nasze czołgi przetaczają się przez most drogowy, razem z nimi
jadący na nich strzelcy. Wraz z saperami zostaje pokonana barykada. Atak wchodzi
w wąwozy domów. Miasto broni się z rozpaczliwym męstwem.
Pomimo tego zostaje zajęta druga barykada. Strzelcy muszą zdobywać i oczyszczać
dom po domu. Gniazda km, granaty ręczne z góry i z piwnic, zrzucane z dachów
kamienne bloki sprawiają, że jest to trudne. Czołgi pokusiły się o to, by dalej
iść samemu. Dowódca 1. kompanii, Leutnant Class, atakuje dalej główną ulicą.
Jego pojazd zostaje trafiony z doskonale zamaskowanego działa. Pomimo to jedzie
dalej. Następne trafienie zapala pojazd. Kierowca nie żyje. Classowi i jego
radiotelegrafiście udaje się jeszcze opuścić pojazd. Ale wtedy obaj zostają
ciężko ranni.
Wóz adiutanta pułku zostaje unieruchomiony przez to samo działo. Oberleutnant
Guderian wysiada i przez bramę dostaje się do ogródka. Tam napotyka się na czołg
Leutnanta von Diera, który ochraniany przez przydzielony pluton strzelców posuwa
się powoli do przodu.
Inne czołgi starają się przejść przez podwórza i ogrody. Leutnantowi Esserowi z
dwoma plutonami udaje się dotrzeć do linii kolejowej, po czym polska obrona
niszczy jego radiostację. Feldwebel Ziegler obejmuje dowództwo pozostałych
czołgów i atakuje do warszawskiego Dworca Głównego. Sam w środku stolicy wroga
musi się ostatecznie wycofać. Leutnant Lange dotarł do stanowisk artylerii wroga
i strzela z czego może. Ale odważni Polacy rzucają wiązki ładunków pod jego
gąsienice. Jedno z kół jego czołgu zostaje rozerwane, wieża zostaje zablokowana.
I on musi się wycofać.
Przed 9.00 dowódca pułku włącza wcześniej trzymany w rezerwie, wzmocniony przez
baon strzelców II batalion do walki o 1 km na północ od drogi, bo tam obrona
wroga wydaje mu się słabiej zorganizowana. Odziały posuwając się do przodu
mijają stare umocnienia Warszawy. Zostaje osiągnięty park. Ale tam wiezieni na
czołgach strzelcy osłony trafiają pod ostrzał karabinów maszynowych i
granatników z budynków po lewej. Podczas gdy rozsypują się, pomiędzy nimi
wybuchają pociski. Pojedyncze pojazdy płoną. Obrona ppanc. wroga powstrzymuje
atak naszych pojazdów. Dowódca 8. kompanii, Oberleutnant Morgenroth zostaje
śmiertelnie trafiony. Z dwóch plutonów które weszły do oczyszczania parku
wracają tylko 3 pojazdy. Wtedy dywizja rozkazuje: „Wracać na pozycje
wyjściowe!”. Na razie liczba czołgów, które znajdują się w linii i na zapleczu
natarcia jest przerażająco mała. W ciągu popołudnia wzrasta znowu do 91, z
których jednak tylko 57 jest gotowych do walki, wśród nich jeden tylko Panzer
IV. Także załogi, których pojazdy zostały zniszczone wracają z powrotem, wśród
nich Oberleutnant Riebig, który pieszo przebił się przez polskie linie.
Pomimo wszystko duch bojowy pancerniaków jest niezachwiany. Każdy ma uczucie, że
dokonał dużego wyczynu. W końcu przecież dywizja w 8 dni pokonała 400 km,
pokonała wroga, gdzie się pojawił, i jako pierwsza weszło do jego stolicy,
daleko na tyłach głównych sił armii polskiej.
Dużo później dopiero dowiadujemy się, ze Warszawa wówczas broniona była przez
100 000 żołnierzy polskich. Demoralizujące działanie uderzenia naszego pułku na
szpicy 4. Panzer-Division nie jest wystarczająco doceniane.
W nocy wszystkie trafione i zniszczone na minach czołgi zostają ściągnięte z
powrotem przez swoje załogi – po części sprzed polskich linii.
Wycofująca się z zachodniej Polski armia polska próbuje dotrzeć do Warszawy na
południe od Wisły. Nasza 4. Panzer-Division, wzmocniona przez Leibstandarte, 33
Pułk Piechoty, artylerię i saperów ma rozkaz trzymać pozycję pod Warszawą.
Jednocześnie powinna przyjąć wycofującego się z zachodu wroga. Na wschód od
siebie mamy tylko 1. Panzer-Division. Wraz z nią stoimy całkiem sami, kilkaset
kilometrów za liniami wroga. Nasz pułk powinien po nieustannych walkach i
ciężkich stratach z 9 września otrzymać zasłużony odpoczynek i czas na naprawę
pojazdów. Ale usadowienie wroga na to nie pozwala.
Rankiem 10 września pułk znowu toczy walki na płd.-zach. Warszawy, aby
zabezpieczyć linię Osiedle Gorce-Blizne przed atakującymi polskimi jednostkami.
Rośnie ilość sukcesów, ale rosną także straty. 11 września mija stosunkowo
spokojnie. 12 września Hauptmann Schnell wraz ze swoją kolumną marszową niszczy
7 polskich czołgów.
13 września o godz. 4.30 nasz pułk wycofuje się ze swoich pozycji i kieruje się
do folwarku Strzykuły, aby stamtąd zaatakować wraz z Leibstandarte. O godzinie
14.50 nasze czołgi ruszają do ataku na zachód, na Błonie. Batalion przy
batalionie, każdy z nich ma za sobą batalion Leibstandarte na pojazdach. Zostają
zajęte Kaputy, wzięci jeńcy, przejechane stanowiska dział i działek
przeciwpancernych z dużą ilością amunicji. W ciemnościach zostaje osiągnięty cel
ataku, to godny uwagi sukces.
Nadeszła w międzyczasie 31. Dywizja Piechoty przejmuje 14 września odcinek
naszego pułku, skierowanego w okolice Krunic, w celu dokonania napraw czołgów.
15 września pułk otrzymuje rozkaz, aby wraz z Leibstandarte i 12. Pułkiem
Strzelców atakować przez Bzurę, w celu zajścia od tyłu okrążonego pod Kutnem
silnego zgrupowania wojsk polskich, podczas gdy pozostałe jednostki dywizji mają
ubezpieczać znad Bzury na północ. Pułk zaczyna 16 września o godz. 5.00.
Osiągnięcie pozycji wyjściowych zajmuje jednak trochę czasu. Saperzy muszą
wzmocnić znajdujące się na Bzurze przeprawy. Atak powinien rozpocząć się o 7.00,
jednak zostaje przesunięty. Jak się okazuje przekroczenie rzeki napotyka na
trudności. Nasi saperzy mają pełne ręce roboty.
O godz. 11.00 bataliony wyruszają ostatecznie do ataku. Pada deszcz. I batalion
powinien przez Bibijampol osiągnąć szosę Młodzieszyn-Ruszki, II uderza z tym
samym zadaniem z południowej części wioski Żukowska. W Bibijampolu I batalion
zadaje wrogowi ciężkie straty. Zdobywa 2 działa, osiąga już o 12.30 szosę i
atakuje uciekające kolumny wroga. II batalion trafia pod Adamową na silnego
wroga, któremu zadaje wysokie straty. Ale 6. kompania zostaje prawie cała
unicestwiona przez polskie działka przeciwpancerne, które niewidoczne stoją w
małym lasku. Ginie Leutnant Diebisch, Leutnant Cossel zostaje ciężko ranny.
Pomimo to II batalion o godz. 14.00 również osiąga swój cel ataku. Jednostki 1.
Panzer-Division, które miały spotkać się z nami pod Ruszkami nie nadchodzą.
Polacy kładą z trzech stron niezwykle silny ogień artyleryjski na nasz pułk.
Nasze czołgi stoją niczym tarcze strzelnicze, ale nie mogą pozostawić samych
sobie przybyłych wraz z nimi żołnierzy piechoty, bo Polacy atakują fala po fali.
Połączenie radiowe z dywizją urywa się. Na głębokiej flance słychać ogień
karabinów maszynowych i granatników. I batalion musi się po poniesieniu strat
wycofać ze znajdujących się pod silnym ostrzałem Ruszek. Czołgi mają już tylko
resztki amunicji. Zawezwane wsparcie artyleryjskie nie nadchodzi. Ciągle nowe
masy wroga atakują pomimo najcięższych strat przez nasz ogień na Ruszki. Zaczyna
padać deszcz. Przed 17.00 radiostacja odbiera rozkaz do odwrotu. Osłaniana przez
nasze czołgi, piechota odrywa się od wroga. Potem i my powoli wycofujemy się. W
Juljopolu strzela do nas polska piechota, której nie możemy ostrzelać w
egipskich ciemnościach. Tu jest jak w diabelskim kotle. Przy postoju w
Bibijampolu żołnierze zapadają gdzie i jak leżą w głęboki sen, tak są
przemęczeni.
II Batalion musi całą noc wraz z piechotą odpierać polskie ataki. I batalion i
sztab pułku mogą w końcu wrócić na pozycje wyjściowe.
17 września kompanie 2. i 4. walczą wraz z Leibstandarte pod Mistrewicami i
Juljopolem. 4. kompania zdobywa polską baterię, jedno ciężkie i dwa lekkie
działa przeciwlotnicze i kilka granatników. Wieczorem regiment kieruje się w
okolice zamku w Teresinie. Siła bojowa wynosi już tylko 60 czołgów. Rzekomo pułk
ma mieć czas na odpoczynek i reperacje pojazdów. Rzeczywiście, 18 września jest
spokojnie ...”
Die Vernichtungsschlacht an der Bzura
„... O północy nasz pułk zostaje zaalarmowany. Do godz. 4:00 powinien osiągnąć folwark Wólka Aleksandrowska. O 2:00 czołgi ruszają w ciemną jak sadza noc. Pomimo to pułk jest punktualnie na miejscu. Miesiące ćwiczeń nie idą na marne.
Dowódca jedzie do stanowisk dowodzenia
dywizji, do folwarku w Tułowicach. Tam dowiaduje się on od dowódcy dywizji: po
ciężkich walkach pod Ruszkami wróg przygotowuje swoje siły w utworzonym przez
Bzurę i Wisłę kącie, do przebicia się na Warszawę. 18 września większej części
naszej dywizji udało się, wzdłuż wschodniego brzegu Bzury, przebić aż do Wisły.
Teren na tym obszarze porośnięty jest przez laski i kępy krzaków. Jeszcze zanim
tam wysłane jednostki naszej 4. Panzer-Division zdołały utworzyć linię obrony,
udało się polskie uderzenie przez Bzurę. Wszystkie tam znajdujące się jednostki
dywizji toczą ciężkie walki obronne przeciwko wrogiemu pierścieniowi okrążenia.
Także nasz siostrzany Panzer-Regiment 36 dzieli ich los i broni się desperacko w
terenie, który nie zapewnia pola ostrzału. Poległ dowódca jednego z batalionów
Panzer-Regiment 36. Kończy się amunicja. Nie ma już jednolitego dowodzenia. W
walce w zwarciu broni się każda grupa. Straty są wysokie. Nasz i wróg walczą w
takim zwarciu, że artyleria nie może już prowadzić bezpośredniego wsparcia.
Ogniem na wprost zwalcza wroga, który pojawia się przed jej pozycjami. Przez
całą noc wróg wysyła naprzód swe desperackie ataki, bez względu na straty, aby
doprowadzić do przełamania. Także i stanowisko dowodzenia dywizji jest
atakowane, a dowódca dywizji Generalleutnant Reinhardt trzyma jeszcze w ręku
rozgrzany karabin. Część sił Panzerabwehr-Abteilung została zaatakowana i
unicestwiona przez wroga.
Pułk otrzymuje rozkaz, aby zaatakować wraz z przydzielonymi dwoma batalionami
Leibstandarte i wyprowadzić otoczone jednostki z okrążenia. Generał Reinhardt
ściska rękę dowódcy pułku i mówi dosłownie: „Eberbach, od waszego pułku zależy
los 4. Dywizji Pancernej.”
Któż nie dałby wszystkiego, aby pomóc kolegom w fatalnym położeniu! Tak więc o
8.00 nasz połączony pułk znowu rusza do ataku, batalion obok batalionu. Już z
obu stron Hilarowa nasze czołgi trafiają na wroga wyposażonego w różną broń, w
tym działka przeciwpancerne. Po ciężkich walkach odrzucamy Polaków.
O godz. 9.00 nasze pojazdy bojowe przebiły się do czołgów naszego pułku
siostrzanego, które są prawie bez amunicji i paliwa. Jego żołnierze są niczym
oswobodzeni przez zjawy, wraz z naszymi żołnierzami radują się i pozdrawiają.
Następnie nasz pułk uderza przy silnym ciągle jeszcze oporze do Wisły, niszczy
wciąż strzelającą baterię, a następnie odbija wraz z I batalionem na zachód do
Bzury i dociera do Wyszogrodu. II batalion atakuje jeszcze trochę wzdłuż Wisły
do Śladowa, gdzie ubezpiecza kierunek wschodni. Tym samym zostaje złamany opór
wroga. 1. kompania Leutnanta Lange bierze 3000 jeńców. Zostają uwolnieni
niemieccy jeńcy. Nad Bzurą panuje niewyobrażalny chaos polskiej broni, pojazdów
każdego rodzaju, martwych koni i części wyposażenia, rezultat działania naszej
artylerii i lotnictwa. Tabory z różnych dywizji leżą tutaj zniszczone w
bezładnych zwałach.
Po południu w eskorcie kilku czołgów na punkt zbiorczy wziętych do niewoli
odprowadzonych zostaje 4000 jeńców i kilka pojazdów pełnych rannych.
W rozkazie dziennym dywizji czytamy, co następuje: „Bitwa nad Bzurą jest
zakończona. Była rozstrzygającym zwycięstwem nad bardzo silnymi siłami armii
polskiej. W tej bitwie wzmocniona 4. Panzer-Division odegrała w boju szczególnie
ważną rolę. Mieliśmy za zadanie zamknąć okrążenie wokół wroga i powstrzymać
ostatnie jego natarcie. Nasza dywizja wypełniła swoje trudne zadanie. Swe
zwycięstwo zwieńczyła wzięciem 20 000 jeńców i dużą ilością zdobytego sprzętu.
4. Panzer-Division może z dumą spoglądać na swe osiągnięcia.” Tym samym
zakończyła się dla naszego pułku kampania w Polsce. Straty w naszym 35. Pułku
Pancernym wyniosły: 64 zabitych, 58 rannych, 4 czołgi zniszczone bezpowrotnie
In Warschau abgeschossen
„... Od pięciu
dni zastępuje na stanowisku oficera łącznikowego przy brygadzie pancernej
rannego pod Mokrą II Oberleutnanta Ritzmanna.
Na drodze, która prowadzi z Rawy do Warszawy, w dzielnicy Ochota przygotowujemy
się do drugiego uderzenia na Warszawę. Czołgi stoją jeden za drugim, blisko
siebie. Za nami na rozkaz do ataku oczekują strzelcy i saperzy.
Jest dziwnie cicho. Nie pada żaden strzał z karabinu, nie terkotają kmy. Po obu
stronach milczy artyleria. Tylko tam i z powrotem na czystym niebie krąży
samolot zwiadowczy.
Siedzę w Panzerbefehlswagen (wóz dowodzenia), obok generał von Hartlieb. Jako,
że jest ciasno, adiutant brygady rozkłada mapę na moim kolanie.
Radiotelegrafiści siedzą przy swoich odbiornikach. Jeden nasłuchuje eteru i
czeka na komendę do rozpoczęcia ataku, drugi trzyma już dłoń na włączniku, aby
szybko przekazać rozkaz dalej. Silnik jest włączony, stopa kierowcy naciska już
na pedał sprzęgła.
Nagle zaczyna dudnić w powietrzu. Na zewnątrz słychać wybuch po wybuchu, to po
prawej, to po lewej, potem znowu za nami. Raz po raz gwiżdże i furczy w
powietrzu. Kamienie i odłamki furczą, równocześnie rozlegają się jęki pierwszych
rannych tego dnia. Polska artyleria posyła nam swe spiżowe pozdrowienie.
Wkrótce też nadchodzi hasło do ataku. Błyskawicznie jest przekazywane dalej.
Rozbrzmiewają ciężkie silniki czołgów. Wielka bitwa o stolicę Polski w 9. dniu
wojny zaczyna się.
Osiągamy pierwsze domy Warszawy. Podczas gdy na zewnątrz szczekają kmy, z
głuchym hukiem rozrywają się granaty ręczne, pociski ciskają kamienie na
pancerz, my w naszym wozie dowodzenia otrzymujemy meldunek po meldunku.
–„Barykada na wprost”, melduje Regiment 35. –„5 czołgów zniszczonych przez
działo przeciwpancerne – przed nami miny”, brzmi w słuchawkach. – „Rozkaz dla
pułku, odbić na południe”, wrzeszczy generał. Tak, trzeba wrzeszczeć, aby móc
zrozumieć coś przez ten hałas. „Przekazać”, krzyczę. –„Meldunek do dywizji,
wschodnie obrzeża Warszawy osiągnięte. Miny i barykady, odbijamy na południe”,
dyktuje adiutant.
„Barykada wzięta” nadchodzi meldunek od pułku. Wszystko to dzieje się w ciągu
kilku minut.
Nagle przed nami wylatują w powietrze kostki brukowe. Wybuch po prawej, wybuch
po lewej. Dostaję kopniaka w plecy „Nieprzyjacielska bateria 300 metrów przed
nami”, krzyczy generał, który siedzi w wieży i obserwuje. –„Skręcać na prawo!”.
Gąsienice zgrzytają o bruk, przejeżdżamy w poprzek wolnej powierzchni. „Szybciej
jechać, szybciej!”, wrzeszczy generał, bo Polacy wcale nieźle celują. „Natarcie
ugrzęzło”, melduje Regiment 36. „Zapytanie do pułku: gdzie dać wsparcie
artyleryjskie?” odpowiada generał. Kamienie, odłamki łomoczą o płyty pancerza.
Pociski eksplodują całkiem blisko. Nagle uderzenie, walimy głowami o urządzenia.
Pojazd unosi się i obraca. Żółty płomień błyska w lukach. Maski przeciwgazowe,
różne pakunki, menażki spadają w nieładzie – trafiła nas artyleria. Kilka sekund
strachu przechodzi na oczekiwaniu, potem szybkie spojrzenie na twarze innych,
szybka obdukcja ciała – jeszcze wszystko całe. Kierowca wrzuca 3. bieg.
Spoglądamy na siebie w napięciu. –Czołg jedzie dalej. Coś podejrzanie klekota w
lewym układzie jezdnym, ale okazuje się, że, pomimo to, tym razem wszystko się
trzyma.
Po lewej i prawej bije tak, jakby otwarło się piekło. Ze wszystkich okien padają
strzały karabinowe. Pociski głucho uderzają o pancerz. Z okien suteren rzucane
są granaty i butelki z benzyną. Stoimy przeciw kilkaset razy silniejszym siłom.
Właśnie wyraźnie to odczuwamy.
Obalone tramwaje, przeszkody z drutu, wbite w ziemię żelazne szyny i działka
przeciwpancerne blokują nam drogę. Ciągle musimy jechać na południe. Żeby tylko
nic się nie zepsuło! To byłaby pewna śmierć.
Klekotanie i zgrzyty w układzie jezdnym stają się coraz głośniejsze i bardziej
podejrzane. W ostatniej chwili znajdujemy ogród owocowy. Chowamy się pod
drzewem.
Wprawdzie jednostki pułku osiągnęły już Dworzec Główny, ale ciągle na nowo
nadchodzi meldunek „Atak ugrzązł” –„Silna przewaga wroga” –„Czołgi zniszczone
przez działka przeciwpancerne i miny” –„Pilnie potrzebne wsparcie
artyleryjskie”. Teraz znów świszczy w powietrzu, pocisk po pocisku spada wokół
nas. Polacy znowu nas znaleźli. Nie możemy już naprzód ani z powrotem, najpierw
musimy postarać się usunąć uszkodzenia, ale teraz nie mamy na to czasu, bo pułki
są w strasznych opałach. Generał dyktuje meldunek po meldunku, rozkaz po
rozkazie. W końcu krótka przerwa na odsapnięcie. Ledwie otwieramy włazy, a w
płyty pancerne już biją pociski. Gdzieś w pobliżu znajdują się Polacy na
czatach. Nie widać żadnego. Stoimy pomiędzy krzewami i staramy się stać jak
najmniejsi.
Pancerz jest z przodu wygięty, tłumik oberwany, elementy blaszane poszarpane,
uszkodzone zespół jezdny i gąsienica. – Odrywamy blachę i amortyzator aby mieć
dostęp do gąsienicy i zakładamy dwa nowe bolce łączące. Jeżeli będziemy mieli
szczęście, wystarczy na kilka kilometrów. Znikamy znowu w czołgu.
Z dywizji dowiadujemy się, że nie jest możliwe otrzymanie wsparcia lotniczego.
Nasza artyleria jest zbyt słaba, aby poradzić sobie z silnym wrogiem. Dywizja
rozkazuje więc: „Odwrót na pozycje wyjściowe”. Oddział po oddziale planowo
odrywa się od wroga i wychodzi z bitwy. Nie wszędzie jest to proste. Tam trzeba
przejąć zadanie osłony odwrotu, gdzie indziej zaś położyć ogień artyleryjski.
Mamy tak dużo roboty w wozie dowodzenia, że prawie zapominamy, że i my sami
jesteśmy w tarapatach. Dopiero, kiedy ostatnie ubezpieczenia opuszczają pole
walki, kończy się nasze zadanie. Teraz spróbujemy wrócić. Jeszcze raz musimy
przejść przez to piekło, z którego wyszliśmy tylko dzięki szczęściu. Obieramy tę
samą drogę, którą już znamy.
Jest dziwnie cicho, podejrzanie cicho. Ta cisza po tym całym hałasie wykańcza
nerwowo. Czujemy, że wróg wciąż tam jest, czeka tylko na dobrą okazję. Jesteśmy
znowu w tym miejscu, gdzie wcześniej trafiła nas artyleria. Jeszcze tylko raz w
lewo, i mamy przed sobą długą, prostą ulicę. Tam jest jednak jeszcze jedna
barykada, trzeba więc uważać. Jesteśmy naprzeciwko. Po cichu już zacieramy ręce.
– Wtedy bije w tylny pancerz. – jeszcze raz, czterokrotnie jedno po drugim. To
działo przeciwpancerne. Silnik jeszcze ciągle dzielnie działa. Później – jasny
wybuch, ogłuszający łomot, - czołg wykonuje ostry obrót w lewo – i zatrzymuje
się. –Trafieni w ostatniej minucie! – Teraz nic tylko wiać na zewnątrz. –
Następny strzał z pewnością trafi dokładnie w pojazd. – Ale na zewnątrz jest
piekło. Wytknąć pistolet maszynowy i przechylając się wypaść z czołgu to jedyne
wyjście.
Ale co się znów teraz dzieje? Gęsty dym unosi się z burty. Na początku myślimy,
że pali się silnik. Najpierw zaskakuje nas syk. –To trafienie z działka
przeciwpancernego zapaliło świece dymne. Lekki wiatr kieruje dym na barykadę.
Nie musieliśmy się więc zbytnio obawiać, bo sztuczna mgła okryła nas i zasłoniła
nas wrogowi, który z pewnością sądzi że zupełnie nas załatwił.
„Do dywizji” dyktuje generał. Ale nadajnik nie działa. Antena jest odstrzelona.
Układ jazdy jest zniszczony, gąsienica leży za nami niczym gigantyczna
bransoleta, poważne trafienie zdeformowało burtę.
Z ciężkim sercem decydujemy się na opuszczenie czołgu. Nie można go tutaj
naprawić. Wymontowujemy MG i radiostację, i zabieramy ze sobą tajne dokumenty.
Jednocześnie musimy chować się jak możemy, bo jeden z pocisków pada całkiem
blisko. Podpalić wóz – tego nie dopuszczamy do myśli. Maskujemy go deskami. Może
będziemy mieli okazję go odholować. Wzajemnie osłaniamy się podczas odwrotu,
pędząc od domu do domu, od ogrodu do ogrodu. Wszyscy przedostajemy się cali.
Z kończynami ciężkimi jak ołów i nieco nie swoi śpimy. Raz po raz zrywamy się i
początkowo stopniowo staje się jasne dla naszej świadomości, że nasz dobry B 01
stoi postrzelony przed polską barykadą z szeroko otwartymi włazami. Musi to być
godny pożałowania widok.
Kiedy znowu otwieram oczy i wpatruję się w jasną wrześniową noc, szturcha mnie
mój kierowca i pyta ochrypłym głosem: „idzie pan ze mną?”. Nie muszę pytać się
gdzie, wiem, o co mu chodzi. „Wóz do odholowania już zorganizowałem”, mówi i
wstaje. Odholowaliśmy go jeszcze tej nocy, B 01, który wygląda jak Panzer IV,
ale ma nieruchomą wieże z aluminiową atrapą działa. Kiedy Polacy zaczynają
strzelać, jest już za późno. Zaczepiony jest już do holującego czołgu, dobrze
nas osłania. Także i gąsienicę ciągniemy za sobą na lince holowniczej. Jego
stalowy korpus jest postrzelony, ale wróg nie będzie się napawał jego widokiem.
Po kampanii w Polsce
6 października w zajętej Warszawie odbywa się parada. Zapomniano na nią zaprosić 4. Dywizję Pancerną. Ale ostrzelane i po części wypalone 30 czołgów naszego pułku, które stoją od obrzeży miasta po dworzec główny przypominały uczestnikom parady, kto był tym, który 8 i 9 września w krwawej walce jako pierwsza jednostka wdarł się do wrogiej stolicy.
W połowie października nasza dywizja zostaje przeniesiona do macierzystego garnizonu. Cały Bamberg wiwatuje na naszą cześć, kiedy czołgi jadą przez miasto do koszar. 28 listopada dywizja zostaje przerzucona w okolice Lüdenscheid. To, że nasi pancerniacy zostali przyjęci tam z otwartym sercem można wywnioskować z tego, że dzisiaj wielu z nich osiedliło się w tej okolicy.
Od 25 do 28 stycznia, nocami, dywizja niespodziewanie zostaje przeniesiona w okolice Düren-Bergheim. Od 4 lutego pułk musi być w razie potrzeby w ciągu 6 godzin gotowy do wymarszu. Przepustki to wstrzymuje się, to znów przydziela.
Nasz wysoko ceniony dowódca dywizji, Generalleutnant Reinhardt, który za dziarską służbę swej dywizji otrzymał Krzyż Rycerski, opuszcza nas. Otrzymuje dowództwo korpusu pancernego. 5. Panzer Brigade, w Polsce dowodzona przez Generalmajora von Hartlieba zostaje objęta przez Obersta Breitha, dotychczasowego dowódcę naszego pułku siostrzanego.
Na początku marca jedna kompania zostaje oddana do desygnowanego do służby w Norwegii, nowo formowanego batalionu pancernego. Wkrótce zostaje wystawiona przez pułk nowa 3. kompania.
Ciągle jeszcze w pułku jest 80 Panzer I, obok tego 50 Panzer II, ale też 22 Panzer III i 16 Panzer IV i 4 duże wozy dowodzenia. Tylko 38 Panzer III i IV może równać się z czołgami francuskimi i angielskimi. Stojący przeciwko nam przeciwnik – inaczej niż w Polsce – ma silną przewagę w jakości i ilości swoich czołgów. To zmusza nas do przemyśleń, nie jest jednak w stanie nami zachwiać.
Idzie wiosna. Mijają święta. W zielone świątki przymyka się trochę oko i dozwolona granica 10% stanu na przepustkach zostaje nieco przekroczona, bo na każdego czeka żona albo narzeczona ...”