Sensacje XX Wieku „Siła
Kawalerii” - Mokra
Wesoła, lipiec 2004
dzień pierwszy, niedziela
Był to moment, na który wszyscy czekali z trudną do ukrycia niecierpliwością. Odkąd tylko pojawiła się informacja o ewentualnym udziale naszego stowarzyszenia podczas powstawania kolejnego odcinka Sensacji XX wieku, wszelkim spekulacjom, pytaniom, telefonom, nie było końca.
Praktycznie podczas każdego spotkania temat sensacji przewijał się wręcz na bieżąco. Początkowo jakichkolwiek dokładnych informacji nie było zbyt dużo, jednak im bliżej „kręcenia”, tym konkretów związanych z naszym udziałem było już coraz więcej.
Dla stowarzyszenia była to w pewnym sensie sytuacja wyjątkowa. Po raz pierwszy aż tak wielu z Nas wzięło udział w zdjęciach i jednocześnie to na Nas opierała się praktycznie cała część „wojskowa". Na planie mieliśmy się wcielić w żołnierzy 4 dywizji pancernej Wehrmachtu (tu było pole do popisu dla jeszcze wtedy sekcji niemieckiej stowarzyszenia, czyli Aufklärungsabteilung 7, właśnie z 4 DPanc), natomiast ich rywalem miała być Wołyńska Brygada Kawalerii, jednostka w której żołnierzy wcielili się koledzy z oddziałów sekcji polskiej, nawiązujących do tradycji przedwojennych pułków i dywizji.
Do tego dochodził jeszcze fakt spotkania z p. Wołoszańskim i możliwość korzystania z całkiem sporego parku maszynowego. Do zdjęć udało się pozyskać dwa transportery OT-810 stylizowane na Sdkfz 251 ausf. A, trzy ciężarówki (dwa Ople Blitz, jeden Mercedes) oraz kilka motocykli, w tym wzorcowo wręcz przygotowane przez kolegów z Koszalina kopie (na bazie popularnych M-ek) BMW R71.
Po stronie polskiej zaprezentowano samochód pancerny wz. 34, dwa motocykle „Sokół”, armatkę ppanc. 37 mm Boforsa, i ..... bardzo okazale prezentujący się pododdział kawalerii, który miał stanowić uzupełnienie dla „naszej” spieszonej kawalerii. Dużą sensację wzbudził także prawdziwy rarytas, tzn. karabin przeciwpancerny UR wz.35., którego długa lufa potrafiła narobić niezłego zamieszania w szeregach atakujących lekkich czołgów.
Od pierwszego komunikatu związanego z „Mokrą” (bo tej bitwie miał być poświęcony kolejny odcinek sensacji) do chwili wyjazdu na plan, minęły ponad trzy miesiące.
Aż wreszcie nadszedł długo wyczekiwany moment, kiedy wsiadając rano do samochodów, pociągów, autobusów, obraliśmy kierunek – poligon w Wesołej. Tam mieliśmy spędzić najbliższe prawie trzy dni.
Rozkaz dowództwa przewidywał dojazd na godzinę 14.00, jednak zdecydowana większość z nas dotarła znacznie wcześniej.
Aufklarüng Abteilung 7 stawił się prawie w komplecie. Kilku z nas niestety nie otrzymało przepustek (sprawy zawodowe nie pozwoliły) i tym razem nie mogli się pojawić, jednak jak sami wspominają, byli z nami duchem.
Sekcja polska także była reprezentowana przez liczną grupę, co spowodowało, że rozłożone przez wojsko namioty bardzo szybko zapełniły się niemieckimi i polskimi żołnierzami.
Tuż po przyjeździe zakwaterowanie, i niemal natychmiastowe przebranie się w mundury. Trwa to kilka chwil, w miedzy czasie dołączają do nas koszaliniacy, ze swoimi wspomnianymi wyżej motocyklami. Razem z nimi ruszamy na miejsce jutrzejszych zdjęć. Jarek „Nix” z Guardii Film przygotowuje kamerę i pozostałą część dnia poświęcamy na kręcenie materiału na potrzeby stowarzyszenia. Wychodzi to całkiem nieźle. Efektami pirotechnicznymi zajmuje się Okejos i powstający materiał nabiera bardzo poważnego realizmu (efektem tego jest m.in. reklamówka Aufklärungsabteilung 7). Wieczorem rozmowy o ostatnich nabytkach wyposażenia, o samej bitwie pod Mokrą i o całej masie innych rzeczy związanych z następnym, filmowym dniem. Aha, no i jeszcze pierwsze przejażdżki zjeżdżającym na miejsce sprzętem. Już sam widok transporterów, dźwięk silników i chmury spalin powodowały, iż zbliżającemu się pierwszemu klapsowi na planie, towarzyszy coraz większe napięcie. To już godziny.
Pobudka o 7.00 rano. Z jednostki wojskowej przyjeżdża śniadanie. Po spożyciu smakowitych bułek przechodzimy do parku maszynowego, gdzie już są grzane silniki. Wokół przewijają się umorusani mechanicy, którzy dokonują ostatnich sprawdzeń w silnikach i mechanizmach. Całą atmosferę przygotowań psuje nieco pogoda, która jakby na przekór wszystkim, nad poligon spędziła ciężkie chmury, z których pada z krótkimi przerwami deszcz.
W międzyczasie zostaje otwarty magazyn z mundurami i ekwipunkiem. Ci z Nas, którzy mają braki w umundurowaniu i oporządzeniu szybko uzupełniają swoje sorty.
Pomimo deszczu prace przygotowawcze trwają. Pojawiają się samochody telewizji polskiej, a wśród uwijających się pracowników planu dostrzegamy także pana Wołoszańskiego, który z troską spogląda na zachmurzone niebo.
Zaczyna się wyścig z czasem. Czy w ciągu dwóch dni zdjęć uda się nakręcić zaplanowany materiał ? Mija kolejna godzina, a deszcz słabnąc momentami pada bez przerwy. Wreszcie około 11.00 niebo nieco się przejaśnia i można już przystąpić do kręcenia pierwszych zdjęć. Zajmujemy miejsca w pojazdach. Tłok zwłaszcza w transporterach gdzie, miejsca nie jest specjalnie dużo. Mimo to udaje się sprawnie przeprowadzić podział i podzieleni na gruppe obsadzamy ciężarówki i transportery. Jeszcze tylko przejazd na pozycje wyjściowe i głośne „akcja” rozpoczyna tzw. niemiecki dzień zdjęciowy.
Pierwsza scena to przejazd zmotoryzowanej kolumny Wehrmachtu. Całe ujęcie uwieczniają dwie kamery plus oczywiście Guardia Film. Ruszamy. Ryk silników, chrzęst gąsienic i szarpnięcie wprowadzające transporter w ruch. Silniki pojazdów wchodzą na coraz wyższe obroty. Kolumnie towarzyszą motocykle, które ubezpieczają całą grupę. Pierwszy przejazd wypadł nieco nerwowo. Chyba zbyt wczuliśmy się w rolę. „Panowie, trochę luźniej, luźniej, nie tak bojowo” krzyczy w naszym kierunku asystent reżysera. Dubel.
Ponownie ryk silników, szarpnięcie, chrzęst gąsienic, chmury spalin, ruszamy. Tym razem lepiej. Mimo to kręcimy jeszcze raz, i jeszcze raz, itd. Sam przejazd, z krótką przerwą na ciepłe napoje i zakłócający cały rytm dnia deszcz, robiliśmy ponad cztery godziny. Później jeszcze przejazd leśną drogą, którą nawet nasze 9-tonowe transportery musiały pokonywać z uwagą. Widok wynurzających się z dołów pojazdów tak, że przednia oś zawisała w powietrzu, by po chwili z łoskotem opaść na ziemię i zanurzyć w kolejnym leju, zapierał dech w piersiach. Mimo, iż mocno trzymaliśmy się burt transportera i siebie nawzajem, to i tak traciliśmy równowagę. Gdyby nie hełmy, nie jedna głowa byłaby „uszkodzona”. Ale o takie doznania przecież chodziło.
Do tego ryk silników, które plując chmurami spalin wchodziły na coraz wyższe obroty, zmagając się z niełatwym terenem.
Co ciekawe, niemymi i wyjątkowo zdumionymi obserwatorami tego przejazdu byli .... grzybiarze, którzy wychodząc na drogę wpadali w osłupienie widząc zmotoryzowaną kolumnę Wehrmachtu. Ich zdziwione twarze i otwarte buzie jeszcze długo później były tematem żartów. No cóż, widok to niecodzienny. Czy będą jeszcze zbierali grzyby? Czy odważą się na kolejne wejście do lasu na terenie poligonu?
Leśny przejazd zakończył pierwszą część zdjęć. Po smakowitym obiedzie rozpoczęło się przygotowywanie nowego planu zdjęciowego. Tym razem w użyciu miały już być środki pirotechniczne. Kolejna kręcona scena miała przedstawiać postój kolumny, tankowanie pojazdów i nagły atak artyleryjski przeprowadzony przez pociąg pancerny z eksplozjami pomiędzy naszymi pozycjami. Trochę trwało, nim przestawiono wszystkie ciężarówki, ustawiono transportery i przekazano co, kto i jak ma zrobić. W między czasie uwijała się ekipa pirotechniczna, która w określonych miejscach umieszczała ładunki wybuchowe.
Po przeszło godzinie plan był gotowy. Charakterystyczne „akcja” i rozpoczyna się kolejny punkt dnia. Kamery obejmowały kawałek pola na którym stały motocykle, przechadzali się żołnierze, nieco dalej stała ciężarówka ze zbiornikiem paliwowym, pod który podjeżdżały transportery. Wyglądało to jak normalny postój oddziału, który w czasie tankowania i uzupełniania zaopatrzenia, dokonuje drobnych przeglądów sprzętu. Żołnierze rozmawiali, palili papierosy, gdzieś w tle miała miejsce zbiórka Gruppe. I właśnie podczas tych wszystkich czynności, na niczego nie spodziewający się pododdział spada lawina pocisków artyleryjskich.
Wybuchające pomiędzy nami ładunki, wszechobecny dym i warkot silników uchodzących z pola ostrzału transporterów – to wszystko składało się na bardzo realistyczny obraz. Scenę powtarzaliśmy kilkakrotnie, i kilkakrotnie pomiędzy nami powtarzały się eksplozje od których nie dość, że piszczało w uszach, to jeszcze zasypywało wyrzuconym do góry piaskiem.
Podczas ucieczki spod ostrzału, wielu z nas zostało „zabitych”, byli ranni. Chaos, panika i przesłaniający wszystko dym, spowodowały, że żołnierze wpadali na siebie, przewracali się, gubili broń i oporządzenie. I kiedy już będąc u kresu sił, myśleliśmy, że to już ostatnie ujęcie, słyszymy hasło „dubel”, i cała akcja rusza od nowa.
Scenę była powtarzana kilkakrotnie i kiedy po raz ostatni wybiegliśmy poza pole gdzie wybuchały ładunki, odczuliśmy ogromną ulgę. Do miejsca zakwaterowania wracaliśmy nie dość, że potwornie zmęczeni, to jeszcze ze stratami i kontuzjami. Kilka osób w bardzo dotkliwy sposób przekonało się jak jest twardy hełm kolegi, z trudem powstrzymując krwotoki z nosa. Zwichniętych nóg, wybitych palców, pogubionych guzików, naddartych mundurów też można by trochę zliczyć. Mimo to mieliśmy świadomość dobrze wykonanej pracy. Ekipa filmowa była zadowolona z tego jak wyglądaliśmy na planie i jak podchodziliśmy do zadań.
Tego wieczoru nie było już rozmów ani złocistego płynu. Z ulgą położyliśmy się spać, chcąc jak najszybciej zregenerować siły na kolejny dzień.
Pobudka jak zwykle wcześnie. Z nieco większym trudem podnosimy się z łóżek. Wczorajszy wysiłek i niemało emocji, dają o sobie znać. Po śniadaniu idziemy w kierunku planu zdjęciowego. Tym razem dzień jest poświecony na filmowanie „polskich scen”. Udział Niemców jest przewidziany na późne popołudnie. Jest zatem okazja, aby przyjrzeć się bliżej typowej pracy na planie i jednocześnie naszym kolegom z polskiej sekcji. A jest co oglądać. Wspomniany wyżej pododdział kawalerii jest filmowany podczas szarży, przejazdu zwartym szykiem, podczas postoju. Do kolejnego ujęcia na plan wjeżdża samochód pancerny wz.34 (Hartmana i Akagiego). Pojawia się także motocykl „Sokół”, przekazujący meldunek. Wszystko przebiega bardzo poprawnie i po „wojskowemu”.
Plan dnia jest stopniowo realizowany, jednak i tym razem pewnym utrudnieniem jest podający od czasu do czasu deszcz. Gdyby nie on, wszystko byłoby wykonywane jeszcze sprawniej.
Finałowym ujęciem tego dnia, miała być scena ataku na zamaskowane polskie pozycje wzmocnione Boforsem i bronią maszynową. Wśród okopanych spieszonych kawalerzystów, wyróżnia się długa kufa UR-a. Pozycje są umiejscowione na samym kraju lasu. Na niewielkim wzniesieniu usadowiła się obsługa CKM, w linii znajdują się także RKM-y wz.28. Całość uzupełnia wymieniona wcześniej armatka ppanc. Wz. 36.
Kręcona jest jeszcze scena przekazania meldunku, przejazdu pododdziału kawalerii i zajmowania pozycji przez kolejnych żołnierzy.
I właśnie wśród tych pozycji miały się pojawić gejzery ziemi wywołane eksplozjami. Przygotowania trwają. Pirotechnicy rozmieszczają ładunki, a bezrobotni jak do tej pory Niemcy po długich oczekiwaniach, pojawiają się przy transporterze i ustalają plan natarcia.
W tym punkcie nacierający dostali od reżysera pewną swobodę i samodzielnie ustalili w jaki sposób będą atakowali. Kilku wchodzi do transportera, reszta ustawia się obok pełniąc rolę osłony. Wreszcie wszystko gotowe. Pada hasło „akcja” i cała machina rusza. Z polskich pozycji rozpoczyna się huraganowy ogień. Wyraźnie słychać serie z CKM-um, charakterystyczne wystrzały z Boforsa i palbę broni ręcznej. Gdyby to była prawdziwa wojna prawdopodobnie nacierający Niemcy zrobiliby ledwie kilka, może kilkanaście kroków. Efekt jest naprawdę piorunujący.
Przywołując w tym miejscu fakty historyczne, trzeba wspomnieć jak trudnym przeciwnikiem dla 4Dpanc. była Wołyńska Brygada Kawalerii. Pozycja obronna polskiej jednostki była dobrze dobrana i właściwie przygotowana. Wsparcia kawalerzystom oprócz organicznych baterii artylerii lekkiej i plutonów armatek ppanc., udzieliły także dwa pociągi pancerne, które były dla niemieckiego dowództwa niespodziewanym i przykrym zaskoczeniem. Atakujący, podczas kilku natarć na polskie pozycje ponieśli bardzo duże straty w sprzęcie i sile żywej. Dopiero wykorzystanie lotnictwa i ciężkiej artylerii, spowodowały, iż po całodziennym, ciężkim i wyjątkowo krwawym boju, brygada, z równie dotkliwymi stratami wycofała się na inne pozycje. Starcie pod Mokrą przeszło do historii jako przykład wyjątkowo niezłomnej postawy obrońców, którzy mając przed sobą znacznie silniejszego przeciwnika, potrafili zadać mu dotkliwe straty. Nietrudno się zatem dziwić, dlaczego temu wydarzeniu został poświęcony kolejny odcinek sensacji.
Tymczasem natarcie trwa. Niemcy mimo silnego ognia prą wciąż do przodu. Charakterystycznym, wystrzałem, przypominającym suchy trzask, oznajmia swoją obecność Bofors. Gdy dochodzą na około 20, może 15 metrów do polskich pozycji, eksplodują ładunki, rozmieszczone wśród broniących się żołnierzy. Ich siła zdumiewa nawet ekipę filmową. W kilka sekund robi się prawie ciemno od wyrzuconych w niebo piasku, gałęzi i resztek ładunków. Niewiele widząc, atakujący kierują się wprost na wydobywające się luf ognie wystrzałów polskich kawalerzystów. Docierają do pozycji i wchodzą w ich głąb. Gdzieś z boku eksploduje jeszcze jeden ładunek, padają pojedyncze strzały i zalega cisza. Na tym scena jest zakończona. Przez głośnik asystent reżysera oznajmia, że to koniec zdjęć. Tym razem dubla nie będzie. Niemcy, razem z polskimi kolegami wychodzą z bronionych przez nich pozycji. Wszyscy są nieźle umorusani i kompletnie zakurzeni. Jedni mówią, że widząc taki atak, natychmiast wycofaliby się w las, drudzy, że pod takim ostrzałem nie zrobiliby więcej, niż kilka kroków.
Klepiąc się nawzajem po plecach wywołujemy charakterystyczne chmurki. W ustach zgrzyta piach i szczypią oczy. Mimo to jesteśmy pod niezłym wrażeniem całego ujęcia. Była to oczywiście tylko namiastka tego, co wydarzyło się ponad sześćdziesiąt lat wcześniej, jednak dała nam wiele do myślenia.
Scena ataku była ostatnią podczas dwudniowego planu zdjęciowego. Pozostało nam tylko spakować się, pożegnać i życzyć sobie jak najszybszego ponownego spotkania na planie. Z westchnieniem opuszczaliśmy jednostkę w Wesołej, mając nadzieję, że za jakiś czas wrócimy tu ponownie.
A co także jest ważne, pokazaliśmy, że warto angażować do tego typu produkcji grupy rekonstrukcyjne, bo jak później powiedział w telewizji p. Wołoszański, są to dla niego przyjaciele i najbardziej właściwi krytycy. Pierwszy krok został zrobiony.
A uwieńczeniem wszystkiego była premiera „naszych” sensacji na tegorocznej Bzurze.