Szlak  Bojowy  Grupy

ROK 2005
 

„Ardeny 1944”
Wolimierz, marzec 2005
 

„... zbliżała się 5.25. Młody podporucznik z 99 dywizji piechoty armii amerykańskiej raz jeszcze wezwał do siebie sierżanta, który tej nocy pełnił służbę wartowniczą. W chwili kiedy gasił papierosa, drzwi pokoju w którym przebywał otworzyły się z hukiem.

-         Czy łączność z wysuniętymi posterunkami została przywrócona?

-         Jeszcze nie sir. Godzinę temu wysłałem tam patrole, aby sprawdziły linie. Nikt jeszcze nie wrócił.

-         Czy z posterunków dotarł jakiś łącznik? Oni też powinni kogoś wysłać.

-         Nie sir. Nikt do nas nie dotarł. Od chwili przerwania kontaktu dwie godziny temu, cisza.

-         Co się mogło stać? Meldujcie jakby coś się zmieniło. Jeśli do 6.00 sytuacja się nie wyjaśni, będę musiał zameldować dowódcy kompanii. Możecie odejść.

-         Taj jest sir !

Podporucznik raz jeszcze sięgnął po papierosa. Zaczął palić. I to dużo. Odkąd wylądował w Normandii papierosy, na które wcześniej patrzył z obrzydzeniem, po desancie stały się czymś wprost niezbędnym do życia. Jeszcze teraz wracają mu w myślach te widoki z plaży, kiedy obok niego rozrywały się ciała kolegów. Próbował zapomnieć, ale wie dobrze, że nie jest to możliwe. Jak po czymś takim nie sięgnąć po papierosa? Potem przeniesienie. Jedno, drugie, trzecie, a w końcu teraz tutaj. W 99 dywizji piechoty, gdzieś w Ardenach.

Wracając tak myślami do tych pamiętnych czerwcowych dni, wyszedł ma zewnątrz. Wciąż było ciemno i bardzo zimno. Dookoła panowała cisza. Z namiotu łączności wydobywała się tylko blada smuga światła.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła 5.30. Nagle ciszę przeciął ostry gwizd i kilka ułamków sekund później, detonacja. Po niej, druga, trzecia, czwarta i kolejne.

Podporucznik padł na ziemię. W miejscu gdzie jeszcze kilka chwil temu stał namiot, była teraz ziejąca dymem jama. Był świt 16 grudnia 1944 roku ...”

Tak rozpoczęła się niemiecka ofensywa w Ardenach. Nie spodziewające się ataku dywizje amerykańskie, rozciągnięte na bardzo szerokim froncie, zostały zaatakowane przez dwie niemieckie armie pancerne. Ciężkie walki trwały ponad miesiąc, a ich efektem były ogromne straty po stronie niemieckiej. Straty, których nie można już było uzupełnić.

 

Chcąc odtworzyć toczące się wtedy walki, grupa „Normandia 44” zainicjowała spotkanie, na które wraz z „Pomeranią 1945” zostały zaproszone niektóre grupy rekonstrukcji historycznej. Na rekonstrukcję przybyli reprezentanci wielu grup, w tym „Aufklärungsabteilung 7”, „Zielone Diabły” z 1FJR, amerykańska piechota z „Big Red One”, spadochroniarze ze 101 i 82 dywizji powietrznodesantowej. Pojawili się także inni zaproszeni goście, którzy w mundurach amerykańskich i niemieckich mieli przez dwa dni wcielać się w żołnierzy obu walczących wtedy stron.

Miejscem zakwaterowania było gościnne gospodarstwo agroturystyczne „Alchemia”, do którego z niemałym trudem przez całą noc z piątku na sobotę docierali uczestnicy. Padający śnieg i wyjątkowo trudne warunki drogowe spowodowały, że czas dojazdu znacznie się wydłużył. Również rano dojazd nie należał do łatwych. Drogi  były tylko powierzchownie przygotowane do jazdy. Takiego śniegu dawno nikt już nie widział.

Pomimo trudności około godziny 14.00 w sobotę, miała miejsce pierwsza odprawa, która była jednocześnie powitaniem wszystkich przybyłych. W sumie pojawiło się około 60 osób, w tym blisko czterdziestu w mundurach niemieckich, pozostali to amerykanie. Na wyróżnienie zasługuje także fakt zgromadzenia sporego parku maszynowego. Halftruck, trzy jeppy, ciężarówka i Stoewer z Flak-iem 20 gwarantowały, iż realizm walk będzie bardzo wysoki.

Pierwszym punktem imprezy było zapoznanie się z terenem wieczornej potyczki. Tym miejscem miał być oddalony o dwa kilometry, nieczynny już, dworzec kolejowy. Jednostki niemieckie miały przygotować tam obronę. Amerykanie, wykorzystując posiadany sprzęt, mięli wyprowadzić natarcie i uchwycić dworzec w swoje ręce.

Podczas tego rekonesansu dokonano także podziału na poszczególne jednostki, które również następnego dnia miały pozostać w tych składach.

Dworzec wyglądał bardzo ciekawie i jak się okazało, był w części zamieszkany. Mieszkańcy z niemałym zdziwieniem obserwowali żołnierzy obu stron wskazujących coś rękoma, przebiegających wśród znajdujących się wokół małych zabudowań. Po ponad godzinie, każda ze stron miała już przygotowany plan walki.

Ponownie ruszamy do „garnizonu”. Wieczorem ma się tam pojawić łódzka filmówka razem ze swoimi eksponatami. Wzbudza to niemałe emocje. Broni będzie dla każdego.

Po obiedzie ma jeszcze miejsce odprawa mundurowa i krótka narada sztabu imprezy. Kiedy na dworze zaczyna się już ściemniać na plac pod „Alchemię” podjeżdża samochód z Łodzi. Rozdział broni trwa blisko godzinę. Wypchane ślepą amunicją ładownice zrobiły się cięższe. Równocześnie każdy dokonuje rozdziału naboi tak, aby pewna, większa część, została na dzień następny.

W ustalonym wcześniej porządku pododdziały wyruszają na stanowiska. Ich dowódcy odmeldowują się i przedzierając przez gęsto padający śnieg, podążają razem ze swoimi ludźmi na rozpoznane niespełna pół dnia wcześniej pozycje.

Amerykanie mają wyruszyć około godziny później. Niemcy, po dotarciu do dworca, zajmują stanowiska, rozdzielają zadania. Nadchodzi gorączkowe oczekiwanie. W przejmującej ciemności zaczyna dochodzić do pomyłek. Przegrupowujący się oddział spadochroniarzy zostaje wzięty za wrogi oddział. Zostaje wszczęty alarm, jednak na szczęście dla broniących, nie padają żadne strzały. Pozycje są nadal dla przeciwnika nie znane. Mijają kolejne minuty. Nerwowe wyczekiwanie zostaje w końcu przerwane. Pomiędzy drzewami rzadkiego lasku, położonego około 50 metrów od dworca, daje się zauważyć skradające się sylwetki. Kiedy zbliżają się do skraju, Niemcy otwierają ogień. Dochodzi do gwałtownej i bardzo intensywnej wymiany ognia. Widać jest bardzo niewiele. O tym, że w danym miejscu znajduje się przeciwnik, świadczy tylko błysk wystrzału. Jest to dla wszystkich całkiem nowe doświadczenie. Dotychczas każda rekonstrukcja bitwy, odbywała się w ciągu dnia. Ta, jest pierwszą nocną.

Walki trwają nadal. Jak się okazuje natarcie z lasku było pozorowane. Główne siły amerykańskie ze wsparciem transportera rozpoczynają atak bezpośrednio na dworzec. Otwierają bardzo skuteczny ogień. Po stronie niemieckiej padają zabici i ranni. Umieszczony na transporterze poczwórnie sprzężony WKM nie pozwala na jakikolwiek ruch w obrębie zabudowań dworcowych. Po stronie niemieckiej dochodzi do przegrupowania. Broniący dotychczas lewej flanki oddział Wehrmachtu przesuwa się do przodu, zabezpieczając jednocześnie kierunek lasku. Tam natyka się na pododdział amerykanów, którzy przewidzieli takie posuniecie i ogniem broni maszynowej ryglują całe przedpole.

Tymczasem będący na prawym skrzydle oddział Waffen SS podchodzi bliżej amerykańskich stanowisk. Wsparciem dla niego jest grupa spadochroniarzy, którzy będąc odrzuceni podczas pierwszego amerykańskiego ataku, zostali na tyłach przeciwnika. Niemcy podrywają się do ataku. Zalegają pod celnym ogniem prowadzonym z transportera. Wykorzystując to, amerykanie wprowadzają do walki dodatkowy oddział, który wdziera się w dworcowe zbudowania. Dochodzi do zaciekłych walk na bardzo krótkim dystansie. Zdarzają się przypadki bratobójczych postrzałów, gdyż we wszechobecnych ciemnościach trudno rozpoznać kto swój, kto wróg.

Walki prowadzone w zabudowaniach powoli zaczynają słabnąć. Będący w przewadze żołnierze niemieccy powoli wypierają amerykanów na pozycje wyjściowe. Tym jednak razem, będąc niemal w bezpośrednim kontakcie, do przodu, w pościgu za przeciwnikiem, ruszają niemieckie pododdziały. W akompaniamencie broni maszynowej przyprowadzają atak na znajdującą się na drodze obok dworca, amerykańską kolumnę. Pomimo trudnego terenu i zapadania się po pas w śniegu, docierają ze startami do drogi. Dochodzi do walki wręcz, w której górą są Niemcy. Jeszcze tylko z prawej strony słychać wystrzały. To spadochroniarze otworzyli ogień do znajdujących się niedaleko przeciwników, spychając ich na okoliczne pola.

Tym akcentem nocna potyczka zostaje zakończona. Wrażeń jest całe mnóstwo. Co i rusz ktoś kogoś przekrzykuje, rozlegają się salwy śmiechu. Całe starcie było bardzo niezwykłe i dało jednocześnie obraz tego, jak trudnym elementem żołnierskiego rzemiosła jest umiejętna walka w nocy. Wszyscy wracają do gospodarstwa. W związku z tym, że temperatura jest znacznie poniżej zera, w ruch wchodzą piersiówki. Fale gorąca zalewają co bardziej przemarzniętych. Na miejscu jeszcze tylko kolacja i większość szykuje się do snu. Nadchodzący dzień będzie jeszcze bardziej aktywny.

Nadchodzi niedziela. Tym razem walka planowana jest na znajdującej się około 12 kilometrów dalej tamie. Jak zapewniają organizatorzy spotkania, miejsce jest wymarzone do tego typu działań. Po nieco przedłużającym się wyjeździe, żołnierze obu stron wreszcie około godziny 13.00 docierają na miejsce. Niestety, z powodu obficie padającego śniegu i trudności w poruszaniu się po drogach, udział pojazdów został wykluczony. Halftrack w trakcie jazdy miał awarię co spowodowało, że strona amerykańska nie mogła już liczyć na wsparcie znajdujących się na nim WKM-ów. Na tamie zostały omówione ostatnie szczegóły. Do każdej ze stron zostali jeszcze przydzieleni funkcjonariusze Straży Granicznej, którzy ze swoimi PK mieli stanowić uzupełnienie ogniowe.

Scenariusz miał wyglądać następująco. Na niczego nie spodziewający się oddział niemiecki patrolujący tamę, uderza nagle amerykańskie rozpoznanie i spycha go na drugi koniec zapory. W miedzy czasie przychodzi wsparcie i Niemcy przypuszczają atak, celem odzyskania kontroli nad tamą. Dochodzi do zaciekłej potyczki, gdzie górą są wzmocnieni wciąż przybywającymi oddziałami amerykanie. Ostatecznie odrzucają żołnierzy niemieckich z tamy. Biorą jeńców i zabezpieczają zajęte stanowiska.

Walka rozpoczęta. Realizując poszczególne punkty scenariusza bitwa nabiera rozmachu. Wystrzeliwane serie z broni maszynowej, palba broni ręcznej, eksplodujące ładunki wybuchowe i pojawiająca się co jakiś czas zasłona dymna – to wszystko składa się na bardzo realistyczny widok. Nieliczni widzowie przygnani na miejsce walk echem wystrzałów, patrzą na to wszystko z nieukrywanym zdumieniem.

Po zajęciu przez amerykanów całej tamy i krótkim podsumowaniu całej potyczki, dochodzi do jeszcze jednego starcia. Tym razem to strona niemiecka jest atakującą. Amerykanie odchodzą na stanowiska. Wśród Niemców dochodzi do przegrupowania. Atak będzie prowadził oddział Waffen SS. W drugiej linii podążać będzie drużyna spadochroniarzy, a osłonę tyłów bierze na swoje barki mocno już przetrzebiony oddział Wehrmachtu.

Na sygnał rakiety do walki rusza pierwszy rzut. Tym razem amunicji jest już wyraźnie mniej i w związku z tym ogień nie jest już tak intensywny. Poszczególni żołnierze posuwają się do przodu. Ogień amerykanów jest dosyć skuteczny. Przesuwające się do przodu kolejne rzuty mijają leżących żołnierzy. W połowie tamy natarcie zalega. Prowadzący oddział ponosząc coraz większe starty zatrzymuje natarcie. Będący w drugiej linii spadochroniarze uzupełniają luki w szeregach SS. Młody oficer podrywa raz jeszcze do ataku swoich żołnierzy. Z głośnymi okrzykami biegną przed siebie, nie rzadko bez amunicji. Wielu z nich po kilku krokach pada, jednak dużej części udaje się wypchnąć oddział amerykański z tamy. Trzeba jeszcze tylko zabezpieczyć będący na lewym skrzydle tunel tak, aby nie mogło z niego wyjść amerykańskie przeciwnatarcie. Tym razem do walki zostaje wprowadzony najmniej w tym szturmie nadszarpnięty, będący dotychczas ubezpieczeniem oddział Wehrmachtu. Znajdujący się u wylotu tunelu żołnierze amerykańscy ostrzeliwują się bronią maszynową. Niemcy na chwilę zalegają, by po kilku chwilach wsparci kilkoma żołnierzami Waffen SS uderzyć, doprowadzając do zaciekłej walki wręcz. Dochodzi do dramatycznych pojedynków. A wszystko to w atmosferze krzyków, szczęku broni i padających jeszcze pojedynczych wystrzałów.

Na tym cała inscenizacja kończy się. Podobnie jak dnia poprzedniego, tak i teraz wrażeń jest bardzo dużo. Mocno już zmęczeni ruszamy w kierunku ciężarówki, która wypełniona po brzegi wojskiem amerykańskim i niemieckim odjeżdża w kierunku miejsca pobytu. Tym razem nie ma już śmiechów. Zmęczenie odcisnęło swoje piętno. Ktoś mówi: „... jak to dobrze, że teraz się przebieramy i zostawiamy całą wojnę na boku ...”. Tak, na szczęście nie była to prawdziwa wojna. Jednak po tym, czego namiastkę sami sobie stworzyliśmy, możemy się domyślać jak to mogło wyglądać wtedy, 61 lat temu.

Po dotarciu na miejsce szybkie przebranie, pożegnania, które momentami ciągnęły się w nieskończoność i czas ruszać w drogę powrotną. Jeszcze tylko obawy o stan dróg, jednak właściciel „Alchemii” mówi, że jest dużo lepiej niż jeszcze dwa dni temu. Pełni wrażeń i wyjątkowych przeżyć wyjeżdżamy zostawiając za plecami gościnne górskie okolice, mając nadzieję na rychły powrót.

W tym miejscu należy jeszcze wyrazić słowa uznania dla organizatorów całej imprezy. Szczególnie dla „Normandii 44” z Piotrem Godziną na czele, który był już inicjatorem drugiego takiego spotkania. Pierwsze, jeszcze w Białobrzegach, miało miejsce w październiku ubiegłego roku. Słowa uznania należą się także „Pomeranii 1945”, która odpowiadała za organizację strony niemieckiej i także miała nie mały wpływ na przebieg całej imprezy. Wyróżnić jeszcze trzeba właściciela „Alchemii” tj. Jacka Liszkowskiego, który stworzył nam warunki bytowe, jakże inne od tych okopowych.

No i podkreślić jeszcze trzeba krajobrazy, które... po prostu zapierały dech w piersiach.

 

Powrót do roku 2005
Powrót do szlaku bojowego