Bzura 2005
Brochów, wrzesień 2005
„ ... potężny słup wody wzbił się w górę po eksplozji. Potem drugi, trzeci, czwarty, kolejne. Ostrzał trwał praktycznie nieprzerwanie. Niemieccy obserwatorzy zdążyli się zorientować, iż do rzeki podchodzą kolejne polskie oddziały i ześrodkowali ogień artylerii na najbardziej nadającym się do przeprawy odcinku rzeki.
-Musieli podciągnąć nowe baterie, jeszcze dzisiaj rano tak mocno nie bili. Kapitanie, wycofajmy się stąd. Jeszcze jaki pocisk trafi prosto w naszą dziuplę.
-Leżcie. A czego się spodziewaliście. Do rzeki wciąż dochodzą nowe oddziały. Niemcy wiedzą o tym aż za dobrze. Z każdą godziną ich linie stają się szczelniejsze ? A My ? Przecież nie możemy się cofnąć. Byle tylko do puszczy. Stamtąd już tylko krok i Warszawa.
Kapitan, którego mundur był kompletnie przemoczony od towarzyszących większości eksplozji fontann wody, ponownie przyłożył lornetkę do oczu.
Na skraju wsi, która była ledwie kilometr od rzeki, zauważył przemykające miedzy zabudowaniami sylwetki.
W tym czasie do ich ukrytego w gęstwinie krzewów stanowiska, umiejscowionego pomiędzy dwoma wiekowymi wierzbami nieopodal brzegu, dotarł młody porucznik z dwoma żołnierzami.
-Panie Kapitanie, major pyta kiedy ma ruszać. Cały czas dochodzą nowe oddziały. W lesie coraz gęściej. Trudno się połapać kto ma ruszać pierwszy, kto później.
-Powiedzcie majorowi, że dam sygnał. Sami widzicie co się dzieje. Wczoraj strzelała jedna, dwie baterie, teraz co najmniej cały dywizjon. Nie przejdziecie.
Kapitan ponownie przyłożył lornetkę do oczu. Zaczął ponownie obserwować skraj wsi i jej przedpole. Było usiane ciałami zabitych żołnierzy. Zacisnął zęby.
-Poruczniku, przekażcie majorowi, żeby był gotowy za pół godziny.
-Tak jest Panie Kapitanie.
-Tylko wracajcie uważnie. Nie chcę, aby Niemcy zorientowali się, że tutaj jestem.
-Tak jest.
Minuty mijały powoli. Ostrzał zaczął słabnąć. Pomiędzy zabudowaniami na skraju wsi wciąż trwał ruch. Nisko pochylone sylwetki przemieszczały się od budynku do budynku. Dało się także zauważyć ciężarówki, z których wyładowywali się żołnierze.
-Sierżancie, biegiem do majora. Niech ruszają natychmiast. Powiedzcie wachmistrzowi, żeby otworzył ogień gdy nasi dobiegną do rzeki.
-Tak jest.
Sierżant poderwał się i niemal z głową przy ziemi, zaczął biec w kierunku lasu. Już nie zwracał uwagi na skryte dotarcie do pierwszych drzew. Liczyła się każda minuta. Ze znalezieniem majora, nie było problemu. Stał z lornetką na skraju lasu w otoczeniu innych oficerów.
-Panie majorze, można ruszać. Ostrzał osłabł. We wsi pojawiły się nowe oddziały. Jeszcze nie zajęli pozycji.
Major, który mrużył przekrwione od zmęczenia i niewyspania oczy, wyjął z kabury swojego VIS-a.
-Panowie, naprzód.
Rozkazy poszły do oddziałów. Żołnierze zaczęli dochodzić do skraju lasu. Niektórzy z plecakami, inni w rogatywkach, wielu bez hełmów. Widać było, że przeszli przez piekło. Teraz ostatni jego akt. Przeprawa.
Tymczasem sierżant dotarł do wachmistrza, którego dwie siedemdziesiątki były gotowe do otwarcia ognia. Jeszcze rankiem były cztery, teraz są już dwie.
-Wachmistrzu, wiecie co macie robić. Ostrzał tuż przed atakującą piechotą. We wsi nowi Niemcy, przyjechały ciężarówki z piechotą. Właśnie się wyładowują. Zaczynajcie natychmiast.
Wachmistrz, którego baterię zatrzymano do dyspozycji oficera kierującego przeprawą, wiedział co robić. Jego działa były już dobrze wstrzelane. Wydał krótkie komendy.
Wśród szczęku oporządzenia i rozkazów wydawanych biegnącym do rzeki żołnierzom, dało się słyszeć tę jedną:
-Ogniaaaaaaaaaaaa !!!!
Dwa działa oddały pierwszą salwę. Kilka chwil później pociski eksplodowały na skraju wsi, pośród zajmujących stanowiska niemieckich żołnierzy. Charakterystyczny szczęk zamka, łuska, kolejny pocisk i znów, szczęk zamka, łuska .....
Wśród zabudowań gdzie znajdowali się niemieccy żołnierze, wykwitają pióropusze wyrzucanej w górę ziemi. Jedna z ciężarówek trafiona bezpośrednio, natychmiast eksploduje raniąc odłamkami dopiero co wyładowane wojsko.
Tymczasem do rzeki dociera polska piechota. Kapitan, który wciąż obserwuje wieś, przenosi wzrok na przeprawiających się żołnierzy. Bród, rozorany eksplozjami, wcale nie jest łatwy do pokonania. A niemiecka artyleria wciąż strzela. W panującym na brzegu tłoku wybucha pocisk, drugi, trzeci. Ginie wielu żołnierzy, a mimo to wciąż kolejne plutony wchodzą do wody.
Dwie „prawosławne” wciąż prowadzą ostrzał. Mimo, iż nie jest on silny, wprowadził zamieszanie na niemieckich pozycjach. Padają zabici i ranni.
Ich pozycje dostrzegają niemieccy obserwatorzy i tak jak tego dnia rano, kierują ogień jednej ze swoich baterii na skraj lasu, na przeciwległym brzegu Bzury. Odłamki z pierwszej salwy dosięgają kilku kanonierów.
-Ogień bez przerwy !!!!
Krzyczy wachmistrz, chcąc utrzymać swoich ludzi przy działach. Druga salwa jest jednak celniejsza. Jeden z pocisków wybucha przy jednym z dział, zabijając załogę i odrywając koło. Wachmistrz, ranny w rękę, zastępuje zwijającego się i krzyczącego z bólu kanoniera. Jedno działo strzela nadal.
Do drugiego brzegu dociera polska piechota. Dwóch żołnierzy ustawia CKM, który na swoich barkach przenieśli przez rzekę.
Pada komenda do ataku. Mundury, które przesiąknięte wodą stały się dużo cięższe, zaczynają krępować ruchy. Omdlałe ze zmęczenie dłonie, zaciskają się jednak na karabinach.
Major, z zakrwawioną od rany na czole twarzą, wydaje jakże charakterystyczną komendę.
-Chłopcy, bagnet na broń !!! Za tą wsią droga na Warszawę !!! Musimy tam dotrzeć. Musimy !!!
Po linii padają komendy. Major staje na brzegu nie zważając na świstające w powietrzu odłamki.
-Naprzód, jeszcze Polska nie zginęła !!!!
W tym momencie zgina się wpół i śmiertelnie ranny osuwa na ziemię. Tymczasem polska piechota podrywa się do ataku. Błyskają osadzone na karabinach bagnety. Głośne hurrraaaaaa wydaje się być głośniejsze od huku eksplozji niemieckiej artylerii.
Polski atak zbliża się do pierwszych zabudowań. Znajdujący się tam niemieccy żołnierze otwierają ogień. Od ognia broni maszynowej padają pierwsze szeregi, jednak polski napór trwa nadal. W tym momencie w wir toczącej się walki, wkrada się całkiem nowy dźwięk. Słyszy go również obserwujący całą walkę kapitan.
Jeszcze kilka chwil i ten jakże znany i charakterystyczny odgłos, oznajmi nowego uczestnika toczącej się walki. Z przeraźliwym wyciem w kierunku toczącej się bitwy, nurkują niemieckie stukasy. Serie z broni pokładowej powodują wyrwy w polskim natarciu. Żołnierze na ziemi zalegają. W chwili gdy, samoloty zaczynają się wznosić z lotu nurkowego, od ich kadłuba odrywają się bomby. Kolejny nawrót i kolejne nurkowanie. Polskie straty rosną w zastraszającym tempie. Całe pole jest zasłane zabitymi żołnierzami. Jęki rannych przeplatają się z przekleństwami. Mimo to, atak posuwa się do przodu. Odwrotu przecież nie ma.
Tylko nielicznym udaje się dotrzeć do Puszczy Kampinoskiej, a stamtąd do Warszawy.”
Być może tak właśnie wyglądał jeden z epizodów tej dramatycznej, ale jakże bohaterskiej przeprawy przez Bzurę.
Historycy ten etap walk, określili jako trzecią fazę największej bitwy kampanii wrześniowej. Fazę, w której wojska polskie próbowały przebić się przez niemieckie pozycje, stające na drodze do Warszawy.
I właśnie jeden z epizodów tamtych dramatycznych wydarzeń, po raz czwarty odtworzono na polach pod Brochowem. Polach, gdzie 66 lat temu to wszystko działo się naprawdę.
Tegoroczna inscenizacja „Bitwy nad Bzurą” to w zgodnej opinii wszystkich uczestników, wyjątkowa impreza. Można śmiało powiedzieć, że z roku na rok, organizatorzy zawieszają poprzeczkę coraz wyżej, a w tym roku zastała podniesiona ponownie.
Ilość zgromadzonego sprzętu, liczba uczestniczących grup rekonstrukcji historycznej, pirotechnika, scenariusz, czy wreszcie tysiące widzów i zainteresowanie mediów, mogą świadczyć o tym, że zapoczątkowana trzy lata wcześniej impreza, stała się swoistą wizytówką polskiej rekonstrukcji.
Udział zorganizowanych grup z Czech i Słowacji potwierdza również, że „Bzura” staje się inscenizacją, o której mówi się w Europie, a dyskusje o niej są prowadzone na wielu znaczących w środowisku rekonstrukcyjnym forach dyskusyjnych. Swój udział już zapowiadają kolejni zagraniczni goście, a to świadczy o tym, że polska rekonstrukcja rozwija się i to bardzo dynamicznie.
W tym roku zaszło kilka zmian. Stworzono trzy garnizony, bowiem ilość uczestników była tak duża, że umiejscowienie wszystkich w jednym miejscu było praktycznie niemożliwe. W ośrodku w Tułowicach stacjonowali polscy żołnierze. Tam też znajdował się sztab polskiego zgrupowania, które w tym roku składało się obok znanych już grup rekonstrukcyjnych, także z wielu nowych, dla których udział w „Bzurze” był swojego rodzaju debiutem.
Zgrupowanie niemieckie stacjonowało w Brochowie, wykorzystując do tego celu miejscową remizę z przyległym do niej terenem. Również tu, można było spotkać znane już z wcześniejszych imprez twarze, pojawili się także nowi, którzy swoją przygodę z rekonstrukcją postanowili zacząć właśnie na polach pod Brochowem.
Obóz trzeci, to miejsce gdzie stacjonowali goście z Czech i Słowacji. Co ciekawe, przywieźli z sobą dwa pojazdy, wzbudzający nie małą sensację samochód pancerny i świetnie prezentujący się samochód terenowy marki Skoda, wykorzystywany także po zajęciu Czechosłowacji przez oddziały niemieckie.
W okolicznych gospodarstwach można było dostrzec także polską kawalerię. W sumie można powiedzieć, że cała okolica pełna była wojska, które szlifując musztrę, marsze i taktykę, było praktycznie wszędzie widoczne. I nawet okoliczni mieszkańcy nie byli tym faktem aż tak bardzo zdziwieni jak jeszcze rok, czy dwa lata temu. Zdążyli się już przyzwyczaić, że właśnie w te wrześniowe dni, idąc do sklepu czy na przystanek, można spotkać na ulicy rozmawiających z sobą żołnierzy polskich i niemieckich.
Tradycyjnie już, w piątek był czas na zakwaterowanie i otrzymanie przydziału. Rozpoczęła się prawdziwa służba z wartami, rozkazami, zgrywaniem pododdziałów. Uzupełniano sorty mundurowe, dzielono pierwszymi wrażeniami. Humory trochę popsuła pogoda, która akurat w piątek specjalnie nie rozpieszczała. Padający cały dzień deszcz, spowodował, że szereg planowanych działań trzeba było przełożyć na dzień następny.
Sobota to dzień prób. Od rana w każdym z garnizonów toczyły się ostatnie narady, sprawdzano umundurowanie i oporządzenie. Około godziny 11.00 zarządzono wymarsz na pole niedzielnej inscenizacji. Tegoroczny scenariusz był bardzo rozbudowany, ale jednocześnie bardzo dynamiczny i w opinii dowódców grup rekonstrukcyjnych, atrakcyjny dla widzów i samych uczestników. Pole miało „żyć” ciągłym przemieszczaniem pododdziałów i pojazdów, atakami i kontratakami. Miało się dużo dziać i odpowiednie zgranie wszystkiego w czasie nie było łatwym zadaniem. Próba trwała długo i wracając wieczorem do garnizonów nie jedni się zastanawiali czy wszystko faktycznie wyszło jak trzeba. Mimo to, nastroje dopisywały. Pomimo zmęczenia całodziennymi ćwiczeniami, znalazł się czas na rozmowy, spotkania ze znajomymi, dyskusje o oporządzeniu, mundurach, ostatnich nabytkach itd.
Nadchodząca niedziela i świadomość tego, że inscenizacja, na którą czekało się cały rok, jest coraz bliżej, podnosiła przysłowiowe ciśnienie. Z troską spoglądano także na niebo. Oby tylko pogoda dopisała.
Niedzielny poranek był słoneczny i zapowiadał wyjątkowo pogodny dzień. Od rana w garnizonach gorączka. Do Brochowa powoli zjeżdżają widzowie. Około godziny dwunastej znalezienie miejsca na zaparkowanie samochodu zaczyna graniczyć z cudem. Miejsca dla widzów powoli zaczynają się wypełniać, a przy punktach gastronomicznych tworzą się kolejki. Chętnych na zobaczenie czwartej już inscenizacji „Bitwy nad Bzurą” wciąż przybywa. Tymczasem oddziały zaopatrzone już przez łódzką filmówkę, zaczynają powoli docierać na pole bitwy.
Trybuna honorowa zapełniła się już zaproszonymi gośćmi, a prowadzący inscenizację informuje, iż za pół godziny wszystko się rozpocznie. Widzów jest około 20 tysięcy. To jak do tej pory rekord nad Bzurą. Prawdziwą sensacją jest tankietka TKS, należąca do muzeum Wojska Polskiego, która odrestaurowana, choć jeszcze nie jeżdżąca, była obiektem niezliczonej ilości zdjęć. Załoga tankietki ma pełne ręce roboty. Pytań jest całe mnóstwo. A to nie ostatnia niespodzianka.
Wreszcie sygnał do rozpoczęcia inscenizacji. Jako pierwsi na pole wychodzą rekonstruktorzy z Czech, którzy odtwarzają hipotetyczną scenę walk granicznych pomiędzy wojskami czechosłowackimi a niemieckimi. Krótko potem ma miejsce scena z walk granicznych, toczonych z armią słowacką, która jako trzeci agresor, zaatakowała Polskę w 1939 roku. Dla wielu widzów jest coś całkowicie nowego, bowiem nie zdawali sobie sprawy z tego, że taki fakt rzeczywiście miał miejsce.
Kolejnym, trzecim i jednocześnie głównym punktem programu, jest inscenizacja przeprawy wojska polskiego przez Bzurę. Wszystko zaczyna się spokojnie, od wystawienia posterunków przez polską kawalerię, uruchomieniem szpitala polowego. Załoga tankietki dokonuje naprawy, a na rozpoznanie rusza patrol kawalerii. Klimat podkreśla cały czas muzyka, a prowadzący inscenizację opowiada o walkach toczonych przez Armię Poznań i Pomorze, a także o sytuacji na froncie.
Nagle, galopem wraca z rozpoznania patrol kawalerii, informując oficerów o zbliżającym się oddziale niemieckim. Rzeczywiście, kilka minut później na polu pojawia się niemiecki patrol motocyklowy, prowadząc intensywną obserwacją. Po paru chwilach rusza dalej, a za nim wyłaniają się ciężarówki pełne żołnierzy i sprzęt pancerny. I tu kolejne, choć nie ostatnie tego dnia zaskoczenia dla widzów. Obok dobrze już znanej, czechosłowackiej Tatry OT-810, stylizowanej na Sdkfz 251 ausf. A, pojawił się także Sdkfz 222. ausf. A. Jest to kopia, wykonana całkowicie od podstaw, a będąca jednocześnie jedynym tego typu pojazdem w kraju.
Niemiecka kolumna zajmuje pozycje oddalone około 500 metrów od rzeki i wyładowywane oddziały rozpoczynają przegrupowanie. Tymczasem niemiecki zwiad motocyklowy zdobywa unieruchomioną tankietkę i zajmuje znajdujący się w pobliżu brzegu rzeki, polski szpital polowy. Polska kawaleria wycofuje się przez rzekę. Odziały niemieckie zajmują całe pole, swoimi czołowymi drużynami docierając do Bzury.
Ostrzał zaczyna jednak polska artyleria, pod osłoną której przez Bzurę zaczynają się przeprawiać polscy żołnierze. Niemiecki zwiad wycofuje się, a znajdujące się najbliżej rzeki odziały niemieckie nawiązują kontakt bojowy z polskimi żołnierzami. Dochodzi do gwałtownej wymiany ognia, w wyniku której Polacy odpychają wroga do znajdujących się na polu specjalnie przygotowanych zabudowań, imitujących wiejskie gospodarstwo.
Do ataku rusza kawaleria, która szarżą przerywa niemieckie linie, umożliwiając kolejnym falom polskiej piechoty prowadzić natarcie. Znajdujący się najbliżej widzów, pododdział SS-VT zostaje całkowicie zniszczony, w wyniku walki wręcz. Polscy piechurzy docierają do głównych niemieckich linii, przerywając je w wielu miejscach. W tym momencie razem z drugą falą ataku na polu pojawia się jeżdżąca tankietka TKS razem z samochodem pancernym wz 34. Wywołuje to prawdziwą sensację. Jest to pierwsze tego typu wydarzenie od 66 lat. Debiut, dzięki znanemu w Polsce kolekcjonerowi, był możliwy właśnie nad Bzurą. Niejednym zakręciła się w oku łza. Jest to w istocie wyjątkowa sprawa.
Tymczasem piechota dociera do niemieckich linii. Tam ogień zaczyna tężeć. Po zamieszaniu spowodowanym gwałtownym polskim natarciem i ostrzałem artyleryjskim, żołnierze niemieccy zaczynają wychodzić do kontrataku. Całe pole jest zasłane ciałami. Tym epizodem kończy się, trwająca ponad godzinę inscenizacja.
Odziały ustawiają się na zbiórce, tworząc szyk do defilady przed publicznością, która głośnymi oklaskami dziękuje za te wyjątkowe chwile. Tym razem, dzięki akcji prowadzonej bardzo blisko widzów, cały spektakl był dużo atrakcyjniejszy, niż jeszcze rok temu.
A tłumy chętnych do zrobienia zdjęć, tak z żołnierzami polskimi jak i niemieckimi, świadczą o tym, że historia podawana właśnie w ten sposób, jest chyba najlepszą formą przypomnienia tego, o czym nie wypada zapominać. Tego co, świadczy o naszej tożsamości i jest jednocześnie hołdem dla tych, którzy tu walczyli i polegli.
Powrót do garnizonów był ostatnim punktem tych bardzo pracowitych, minionych kilku dni. Pierwsze wrażenia są wręcz piorunujące. Padają zgodne opinie, że „Bzura” jest z roku na rok lepsza i staje się swoistym wzorem do naśladowania. Obecność dwóch tankietek, przyjazd gości z zagranicy, tysiące widzów, świadczą też o tym, że poziom rekonstrukcji staje się coraz wyższy i każdy kto brał w tej imprezie udział, ma w tym swój udział. A za rok ? Cóż, szykują się kolejne nowości, pomysłów nie brakuje a i Nas, rekonstruktorów, będzie znowu więcej.