„Bitwa Wyrska”
Wyry, maj 2005
„(ranek, 02.09.1939) ...od strony lasu znajdującego się na zachodnim przedpolu polskiej pozycji obronnej, powraca z rozpoznania polski samochód pancerny. Zatrzymuje się przy mostku na wysuniętym posterunku obrońców. Dowódca pojazdu wydaje rozkaz zdjęcia zapory blokującej przejazd, odbywa krótką pogawędkę z załogą posterunku i odjeżdża w głąb pozycji obronnej. Kilka chwil później w kierunku zachodnim wychodzi na rozpoznanie patrol kawaleryjski. Niespełna dziesięć minut później wraca galopem, informując żołnierzy przy mostku o zbliżającym się nieprzyjacielu. Na polskich pozycjach alarm. Żołnierze szybko zajmują przygotowane wcześniej stanowiska. Są dobrze zamaskowane i z pewnością będą przykrym zaskoczeniem dla pojawiających się już na skraju lasu żołnierzy niemieckich. Kilku z nich, wyposażonych w lornetki, stara się dokładnie rozpoznać przedpole. Wywiad i informatorzy przekazali co prawda informacje o znajdujących się w tych okolicach polskich oddziałach, jednak jak na razie nie było żadnej styczności z wrogiem.
Może odstąpili ?-zastanawia się młody Unteroffizier, który dowodzi czołówką niemieckiej szpicy. Ponownie przykłada lornetkę do oczu i któryś już raz, metr po metrze skrupulatnie wpatruje się w będący naprzeciwko zagajnik. Pomiędzy nim, a skrajem lasu jest całkowicie odkryta łąka, w dużej części podmokła. Tuż przed zagajnikiem dostrzega szeroki strumień, który przecinając łąkę, dzieli całe przedpole na teren nie najłatwiejszy do ataku. Główna droga, prowadząca na wschód, jest całkowicie odkryta. Tylko płytki rów po jej obu stronach może stanowić jakąkolwiek osłonę.
Może i tu będzie cisza – pomyślał i nie zastanawiając się dłużej wydał znajdującej się kilka metrów dalej drużynie rozkaz udania się na rozpoznanie.
Nisko pochylone sylwetki, posuwając się po obu stronach drogi wyszły z lasu i z bronią gotową do strzału, rozglądając się uważnie, zaczęły przesuwać się w kierunku mostku. Prowadzący oddział kapral, pamiętający jeszcze wojnę domową w Hiszpanii, wiedział, że trzeba jak najszybciej osiągnąć zagajnik. Ten odkryty teren nasunął mu wszystkie najgorsze wspomnienia, kiedy walcząc w oddziałami republikańskimi, doświadczył nie raz ataku z zaskoczenia i tylko zrządzeniu losu zawdzięczał to, że ponownie ujrzał koszary, z których 1937 roku, razem z kilkunastoma innymi, rozkazem specjalnym wyjechał do Hiszpanii. Teraz miał jakieś dziwne przeczucie, że ta cisza jest tylko pozorna. Wróg gdzieś się czai.
Tymczasem po polskiej stronie, wśród żołnierzy ukrytych na placówce przy mostku rosło napięcie. Serca biły mocno, oddechy przyśpieszone. W celownikach rosły zbliżające się sylwetki żołnierzy niemieckich. Palce przesunęły się na cyngle.
Jeszcze nie, jeszcze nie – upomniał szeptem najstarszy stopniem. Niech podejdą bliżej.
Ognia !!!!!! – ciszę kilka chwil później przerwała głośna komenda dowódcy placówki przy moście. Będący niespełna 20 metrów od mostku żołnierze niemieccy dostali się pod morderczy, bezpośredni ogień. Ogień RKM-u placówki mostowej wsparły ukryte na pozycjach w zagajniku dwa CKM-y. W kilka chwil całe przedpole polskich pozycji zostało wręcz zalane stalą.
Niemiecka drużyna zwiadu została zaskoczona i już od pierwszych serii broni maszynowej poniosła spore straty. Próbując ocalić resztę ludzi, kapral dowodzący rozpoznaniem, rozkazuje ukryć się w przydrożnych rowach. Podmokła łąka nie gwarantuje żadnej ochrony. W płytkim rowie także zostać długo nie można. Na drodze leżą ranni, którzy głośno jęcząc wzywają pomocy. Patrol otwiera ogień, jednak polskie pozycje są tak dobrze zamaskowane, że pozostaje się tylko wycofać. Prowadzenie skutecznego ostrzału wydaje się niemożliwe. Ogień z polskich pozycji tężeje. Widząc całą sytuację ze skraju lasu, niemiecki dowódca szpicy ściąga granatnik, który otwierając ogień ma osłaniać odwrót zaskoczonej drużyny. Wybuchające w przedpolu pociski nieco zaskakują polską obronę, dając kilka chwil ostrzeliwanemu patrolowi na odskoczenie. Straty niemieckie są jednak duże ...”
Tak rozpoczęła się długo oczekiwana na Śląska rekonstrukcja, która przedstawiała pierwsze dni walk i bohaterską obronę zaciekle walczącej GO „Śląsk”.
Natarcie wykonywały elementy 28 dywizji piechoty. Niemiecki patrol zostaje odparty. Drugi, silniejszy już atak, zmusza obrońców do opuszczenia przyczółka mostowego i wycofania się na główną, ukrytą w zagajniku, linię obrony. Spieszeni kawalerzyści dają im osłonę ogniową, kilku obrońców jednak ginie, inni zostają ranni. Straty są też po stronie atakujących. Niemieccy saperzy, wsparci moździerzem (tym razem w ich rolę wcielili się spadochroniarze z FJR1), wysłani do usunięcia zapory na mostku, tną nożycami druty kolczaste i rozmontowują barykady ustawione na drodze. Jednak ich zabiegi zostają powstrzymane celnym ogniem. Ich straty rosną. Niemieccy sanitariusze mają coraz więcej pracy. Nie nadążają ze znoszeniem ciężej rannych z pola walki. Lżej ranni leżą na swoich miejscach, licząc, że może uda im się przeżyć i nie wykrwawić. Na razie muszą czekać. Dokucza też brak amunicji, której nie ma kto dostarczyć, bowiem całe przedpole jest pod ciężkim ogniem z polskich stanowisk.
Odcinek jest dla niemieckiego dowództwa bardzo ważny i podciągane są coraz to nowe pododdziały, które bez przerwy naciskają na obrońców. Po polskiej stronie do walki włączyły się CKM-y ze schron bojowego, które ubezpieczają prawą flankę polskich pozycji, skutecznie uniemożliwiając próbę obejścia. Powoli Niemcy tracą inicjatywę. Próby podejścia od czoła i ze skrzydeł załamały się pod celnym ogniem. Sytuacja staje się dla atakujących trudna gdy do walki włącza się polski samochód pancerny wz.34, którego załoga została na pozycjach, stanowiąc pancerny odwód. Niemcy muszą ściągnąć na pierwszą linię pluton przeciwpancerny bowiem bronią indywidualną nie są w stanie wyeliminować opancerzonego pojazdu oraz unieszkodliwić broni maszynowej ze schronu. Po drugim strzale z PAK-a, samochód pancerny zostaje trafiony, zjeżdża kawałek z drogi i po krótkiej chwili staje w płomieniach. Dowódca pojazdu zdążył jeszcze wymontować karabin maszynowy z wieżyczki, wyskoczył przez tylne drzwi z pojazdu i dołączył do obrońców prowadząc ogień z okopów. Niemcy dalej prowadzą ogień z działka. Kolejne strzały uciszają powoli stanowiska obrońców. Widząc to, atakujący ruszają jeszcze raz, już całością znajdujących się na miejscu sił. Kiedy zbliżają się do polskich okopów wychodzi z nich kontratak dowodzony przez płk Władysława Kiełbasę. Po kilku krokach dowódca otrzymuje postrzał w głowę. Żyje jeszcze, nie jest jednak zdolny do dalszej walki. Widząc to, żołnierze II batalionu katowickiego 73pp z impetem i złością ruszają na przeciwnika. Dochodzi do walki na bagnety. Żołnierze niemieccy są przerażeni, nie spodziewali się tak fanatycznego oporu ze strony garstki polskich obrońców. Ich dowódcy przekonywali, o absolutnym braku morale w polskiej armii, braku woli walki, o tym nawet, że Polacy nie potrafią strzelać! Skąd więc się wzięło tylu ich martwych kolegów leżących dookoła? Skąd ten fanatyczny opór i kontratak idący wprost na nich?! W tej sytuacji wielu z nich zaczyna się cofać. Kilku odważniejszych zostało aby walczyć na bagnety, szybko jednak ulegli. Pozostali odskoczyli w las. Pułkownik Kiełbasa ciężko ranny w głowę zmarł w drodze do szpitala. Pomimo swojego sukcesu kontratak zostaje wstrzymany: rozkaz ze sztabu Grupy. W związku z poważnymi sukcesami nieprzyjaciela na północ i południe od rejonu umocnionego, grożącymi oskrzydleniem i okrążeniem GO Śląsk, po konsultacji z marszałkiem Śmigłym-Rydzem i jego niechętnej zgodzie, dowódca Armii Kraków gen Antoni Szylling wydał rozkaz opuszczenia Obszaru Warownego. Rozkaz ten został przekazany do gen Jana Sadowskiego, dowódcy GO Śląsk, który obwieścił go walczącym żołnierzom. Odejście z pozycji zostało wyznaczone na wieczór 2 września. Złorzeczeniom i narzekaniom ze strony zwykłych żołnierzy nie było końca. Karnie lecz bardzo niechętnie, stawili się w szeregach gotowi do wymarszu. Opuszczali swoją rodzinną ziemię, swoje domu i rodziny, których jeszcze z taką gorliwością przed chwilą bronili. A teraz mają to zostawić bo taki padł rozkaz!!! Na pozycji pozostali jedynie nieliczni żołnierze, którzy do zmroku mieli markować ruch na pozycjach a potem szybko dołączyć w drodze do swoich pododdziałów. Odeszli w kierunku Krakowa, w straży tylnej wycofującej się armii umożliwiając jej sprawny odwrót. Doszli w ten sposób aż do Tomaszowa Lubelskiego gdzie stoczyli swój ostatni bój. Ze Śląska jednak nie odeszli bez walki.
Przygotowana przez Stowarzyszenie Na Rzecz Fortyfikacji „Pro Fortalicjum” i lokalne władze rekonstrukcja, zgromadziła całe rzesze widzów. Praktycznie każdy podkreślał, że czegoś takiego jeszcze nie widział. Ubiegłoroczna, także bardzo udana rekonstrukcja w Dobieszowicach, zgromadziła również wielu widzów, jednak zainteresowanie tegoroczną, „Bitwą Wyrską” przerosło chyba oczekiwania organizatorów. Ogromna ciekawość jaka towarzyszyła tego dnia wszystkim działaniom na polu bitwy, pytania od widzów, ciągłe pozowanie do zdjęć i długie, długie rozmowy z osobami pamiętającymi tamte dramatyczne wydarzenia, oznaczają, że podawanie historii w ten właśnie sposób jest bardzo pożądane i jakże właściwe. Dzięki temu nawet młodzież, która tego dnia stanowiła liczną grupę, mogła z ciekawością oglądać to, o czym do tej pory tylko słyszała z przekazów starszych członków rodzin. A obok widoku samych żołnierzy, można było zobaczyć świetnie odtworzone okopy, wiernie odtworzone obozowisko ze szpitalem polowym i wejść do schronu, który dzięki ciężkiej pracy członków stowarzyszenia, odzyskał dawną świetność. Także obecność licznie przybyłych mediów uwidoczniła, że rekonstrukcje wydarzeń z II wojny światowej cieszą się ogromnym zainteresowaniem, a jest to przecież historia nie tak odległa.
Podziękowania wypada złożyć wszystkim osobom i instytucjom, które przyczyniły się do organizacji tej bardzo, bardzo udanej rekonstrukcji. Każdy z rekonstruktorów, który pojawił się na rekonstrukcji, do dziś wspomina niepowtarzalną atmosferę i podkreśla dbałość o każdego z uczestników.
Pozostaje życzyć wielu, wielu tak udanych imprez, i mieć nadzieję na ponowne spotkanie za rok, także w maju.